Abrams w boju

Jarosław Wolski
Czołgi Abrams stały się wizytówką US Army oraz symbolem amerykańskiej hegemonii i dominacji na świecie. Ocena M1 przez ekspertów, entuzjastów militariów oraz opinię publiczną wydaje się być jednak uzależniona przede wszystkim od aktualnych sympatii do Stanów Zjednoczonych i samych Amerykanów. W efekcie wóz ten budzi skrajne opinie – od wręcz euforycznych po 1991 i 2003 roku, malujących obraz czołgu bliskiego ideałowi, aż po krańcowo negatywne, które płynęły z przeważnie powierzchownej oceny walk w Iraku z lat 2014-2017 oraz interwencji Saudów w Jemenie. Mimo że mawia się często o prawdzie „leżącej pośrodku” to jednak prześledzenie historii udziału Abramsów w działaniach bojowych od 1991 do 2018 roku oraz wniosków z nich płynących daje obraz będący, wyjawmy to już na wstępie, zdecydowanie na plus dla amerykańskiej konstrukcji. Z licznych już konfliktów w których brały udział M1 Abrams za istotne dla oceny konstrukcji można uznać sześć: operację Pustynna Burza (1991), operację Iracka Wolność (2003), stabilizację Iraku w latach 2004-2010 (zwłaszcza walki o Faludżę), walki irackich Abramsów z ISIS w latach 2014-2016, oraz toczącą się wojnę w Jemenie.
ODS, czyli Pustynna Burza
Chrzest bojowy Abramsy przeszły w Iraku podczas Pustynnej Burzy. Wyjątkowo szczęśliwie dla Amerykanów debiut M1 miał miejsce w niezwykle korzystnych warunkach. Po pierwsze, w latach 1980-1990 miał miejsce niezwykle gwałtowny i udany rozwój konstrukcji, eliminujący nie tylko większość z jego głównych bolączek, ale też czyniący z Abramsa jeden z najlepszych czołgów na świecie. Sumarycznie można uznać, iż Abramsy w wersji HA i HC znacząco wyprzedzały równe im latami produkcji konstrukcje zachodnie, jedynie zaś niemiecki Leopard 2 przewyższał owe w dwóch obszarach: systemu kierowania ogniem (możliwości dowódcy płynące z dysponowania PERI w Leopardzie 2) oraz podatności eksploatacyjnej. Reszta porównania wypada na plus maszyny z USA. W przypadku zestawienia z wozami z ZSRR można uznać, że M1A1HA/HC miały lepszą mobilność, podatność eksploatacyjną, celność ognia w ruchu i do celów w ruchu, nieporównywalnie wyższe bezpieczeństwo załóg, ich pancerz zaś zapewniał znaczną przewagę nawet nad najnowszą amunicją dostępną sowietom. Jedynym minusem była niska skuteczność amunicji 120 mm w relacji do najnowszych wozów z ZSRR osłoniętych ciężkim pancerzem reaktywnym Kontakt 5. Mowa tutaj o późnych T-80U, T-80UD oraz T-72B model 1989. Można zatem przyjąć, że amerykańskie czołgi stanowiły ścisłą techniczną czołówkę z ówczesnych lat, ich zawodowe załogi były zaś bardzo dobrze wyszkolone.
Dodatkowo, o czym często się zapomina, przeciwnik nie przystawał technicznie do Amerykanów. Nawet najnowsze dostępne Irakijczykom czołgi (T-72M1), stanowiły poziom techniczny z końca lat 70., zaś ich amunicja – połowy tej dekady. Fakt ten był dobrze znany analitykom z CIA, którzy już w pierwszych ocenach walk z 1991 roku przestrzegali przez niedocenianiem maszyn z ZSRR tymi słowami (raport CIA z 20 maja 1991 roku): „Niezależnie od sukcesu uzbrojenia produkcji USA podczas wojny w Zatoce, zagrożenie ze strony broni pancernej, któremu musieliśmy stawić czoła, nie odpowiadało potencjalnemu zagrożeniu z jakim siły USA mogą się zmierzyć w drugiej połowie lat 90. Pokonanie irackich wojsk pancernych było w pełni spodziewane, ponieważ przeciwstawiliśmy naszą najlepszą dostępną technikę przeciw technice starszej o 10 do 20 lat. Technologia pancerza w irackich podstawowych wersjach T-72 była pierwotnie wdrożona w sowieckich T-64 w 1967 roku, technika zastosowana w irackich T-72M prawdopodobnie została wdrożona w T-64B i T-80 w latach 1979-1980. Jeżeli obecny trend w eksporcie technologii opancerzenia utrzyma się możemy w przyszłości nie mieć aż tyle szczęścia.” Wojsko Saddama nie posiadało sprzętu odpowiadającego wozom ze Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Choć należy przyznać, że mimo świadomości analityków na temat własnej przewagi, odbiór maszyn z ZSRR przez oficerów i żołnierzy bardzo daleki był od lekceważenia. Profesjonaliści z US Army oraz brytyjskiego Royal Armoured Corps, wozów z ZSRR obawiali się i nie były to obawy bezpodstawne, tyle że w odniesieniu do sowieckich sił zbrojnych i jej najnowszych maszyn a nie pojazdów eksportowych, które odstawały na przeszło półtorej dekady od maszyn przeznaczonych tylko dla armii ZSRR. Zatem wyraźna dysproporcja techniczna stanowiła drugi szczęśliwy dla Amerykanów czynnik.
Trzecim stała się supremacja własnego lotnictwa. O ile fakt błyskawicznego uzyskania dominacji w powietrzu nie budzi wątpliwości, o tyle sumaryczny tego efekt jest już przedmiotem gorących debat. Bez wątpienia „czyste niebo” dla wojsk koalicji, rozpoznanie lotnicze, rażenie stanowisk dowodzenia, neutralizacja łączności oraz odcięcie od zaopatrzenia próbującego dotrzeć na linię frontu, były bardzo ważne dla aż tak pomyślnego przebiegu walk. Niemniej do dziś pokutujące mity na temat zniszczonej liczby sprzętu przez lotnictwo są niczym nieuzasadnioną propagandą. Zaledwie 8% amunicji lotniczej użytej w 1991 roku było „precyzyjną”, na dodatek przeważnie nie „marnowano jej” na czołgi i bojowe wozy piechoty, a rażono nią cele istotnie krytyczne – stanowiska dowodzenia, węzły łączności, mosty, hangary, magazyny, posterunki radiolokacyjne lub też wyrzutnie rakiet Scud. Siłą rzeczy reszta celów była rażona tak jak dekady wcześniej. I z podobną jak wtedy skutecznością, która realnie była kilkadziesiąt razy niższa (!) niż raportowali to lotnicy.
Czwartą kwestią była dysproporcja w sprawności „systemów” obu stron walk. Mimo iż sama koalicja też była mocno zróżnicowana, jednak jej amerykańsko – brytyjski filar był nie tylko zawodowy, ale wręcz profesjonalny. Wyszkolenie żołnierzy, dowodzenie, logistyka – wszystkie owe czynniki, dalece ważniejsze niż suche parametry techniczne sprzętu, stanowiły absolutnie najwyższy poziom wojskowego rzemiosła. Oczywiście nie da się tego samego napisać o armii Saddama. Była ona potężna, ale głównie na papierze, zaś wyszkolenie oficerów i podoficerów może i było lepsze niż Irańczyków i Saudów, ale nie przystawało do zachodnich wzorców. Oczywiście bagaż z prawie dekady walk pomiędzy Irakiem i Iranem dawał pewne doświadczenie, ale było ono skutecznie niwelowane przez „całą resztę” problemów irackiej armii, na czele ze skostniałym i scentralizowanym dowodzeniem oraz słabą siecią łączności.
Bilans walk był bardzo korzystny dla M1 Abrams i stał się zarzewiem legendy, która przez pewien czas otaczała amerykański czołg. Fakt, że realnie porażono zaledwie 23 pojazdy (z czego większość nadawała się do remontu), w zestawieniu z setkami zdjęć irackich wraków tworzył piorunujące wrażenie, które zostało maksymalnie wykorzystane zarówno przez przemysł amerykański reklamujący M1, jak i polityków. Chociaż faktycznie pierwsze operacyjne użycie Abramsa było sukcesem to należy jednak odnotować kilka dyskusyjnych kwestii. Po pierwsze narzekano na jakość obrazu kamer termalnych. Była ona gorsza niż w bwp M2 oraz zmodernizowanych czołgach M60A3. Dodatkowo faktycznie okazało się, że dowódca ma mocno ograniczone możliwości obserwacji terenu podczas przemieszczania się wozu, tym razem empirycznie potwierdzono konieczność zamontowania przyrządu panoramicznego dowódcy z kamerą termalną. Po drugie, faktycznym problemem okazywała się paliwożerność M1, która wymagała wysokiej sprawności, ale też i mocno rozbudowanego zaopatrzenia. Inny, niż amerykański system logistyczny, prawdopodobnie nie byłby wydolny w zakresie sprawnego dostarczania materiałów pędnych i smarów do pojazdów. Bardzo dobrze oceniono siłę ognia. Zgodnie z przewidywaniami „Silver Bullet” (M829A1) nie miał problemów z pokonywaniem wież i kadłubów dowolnych irackich czołgów. Wysoka okazała się też celność w ruchu pojazdu oraz do wież okopanych w tzw. pozycji hull-down irackich czołgów. Trafienie tego typu niewielkich celów już z dystansu 1 km nie nastręczało większych problemów.
Pełna wersja artykułu w magazynie NTW 10/2018