Artyleria niemiecka w Normandii

 


Marcin Bryja


 

 

 

Artyleria niemiecka w Normandii

 

(cz. I)

 

 

Latem 1944 roku w Normandii doszło do jednej z najcięższych bitew II wojny światowej. Jednakże ostateczny wynik był już oczywisty w 48 godzin od jej rozpoczęcia, gdyż inwazja udała się i wojska alianckie nie zostały zepchnięte do morza. Inny przebieg desantów prawie nie wchodził w grę, gdyż Niemcy nie byli w Normandii gotowi do odparcia inwazji. Słabość Wehrmachtu widoczna była nie tylko w powietrzu czy na morzu, ale nawet na lądzie. Niemiecka artyleria jest na to bardzo dobrym przykładem.

 



Bitwa w Normandii latem 1944 roku to niewątpliwie jedna z najbardziej nietypowych bitew całej II wojny światowej. Oczywiście imponująco wyglądała skala alianckiej operacji desantowej, ale również niezwykły był rodzaj i sposób użycia w Normandii sił niemieckich. Ze strony Wehrmachtu główny ciężar obrony spadł bowiem przede wszystkim na barki Wojsk Lądowych, które stanowiły de facto – ze względu na słabość lotnictwa i floty – ostatni bastion obrony. Charakterystyczne było przy tym to, iż użyte w bitwie wojska niemieckie prezentowały bardzo różny poziom. Obok prawdziwej elity wojsk pancernych walczyły tu dywizje piechoty mające na ogół dość niską wartość bojową. Co więcej, całe ugrupowanie niemieckie zostało zmuszone do prowadzenia wyczerpujących walk obronnych, w których bardzo istotną rolę musiała odgrywać artyleria. O niemieckiej artylerii, jej możliwościach i organizacji w trakcie bitwy w Normandii wspomina jednak bardzo niewiele źródeł, celem artykułu jest więc rzucenie nieco światła na tę niezwykle ważną, ale często traktowaną po macoszemu, część niemieckich sił zbrojnych.

Wojna na wiele frontów
Zaangażowanie Wehrmachtu w wojnę z ZSRR, a potem wypowiedzenie przez Niemcy wojny Stanom Zjednoczonym zmieniło zupełnie układ sił w Europie Zachodniej. Już wcześniej, po zatopieniu pancernika „Bismarck” i uszkodzeniu „Scharnhorsta” i „Gneisenaua”, nawodna flota niemiecka przestała stanowić poważniejsze zagrożenie dla Brytyjczyków, a tym samym nie można było liczyć na jej ochronę w przypadku inwazji. Od 1943 roku również Luftwaffe nie była w stanie ochraniać nieba – nie tylko nad Francją, ale także i nad głębokim zapleczem Rzeszy. Tym samym musiano skupić się na biernych formach obrony, takich jak minowanie wód i budowanie przeszkód na plażach, rozbudowa umocnień i wykorzystanie artylerii, która swoim ogniem mogłaby nie dopuścić do lądowania, albo przynajmniej zadać jak największe straty lądującym siłom wroga – do czasu, kiedy w zagrożony rejon nadejdą wojska szybkie, które zepchną przeciwnika do morza. Oczywiście ścierały się ze sobą różne poglądy – czy  przeciwnika można pobić jeszcze na plażach, czy powinno się go wpuścić w głąb lądu, ale tak właśnie w największym skrócie przedstawiał się pomysł na obronę przed nadchodzącą inwazją.

Obrona wybrzeży, czyli Festung-Europa
Aby opisany powyżej scenariusz obronny mógł się sprawdzić, konieczne było wybudowanie umocnień wzdłuż wybrzeży i odpowiednie nasycenie ich artylerią nadbrzeżną. Podstawowy problem polegał jednak na tym, że Niemcy mieli do obrony tysiące kilometrów wybrzeży – od Norwegii na północy przez Bałtyk, wybrzeże niemieckie, całą Europę północną po Francję i basen Morza Śródziemnego. Na wybudowanie umocnień, znalezienie odpowiedniej ilości dział i obsadzenie wojskiem tysięcy kilometrów linii brzegowej III Rzesza nie miała jednak środków. Nikt nie miał. W tej sytuacji musiano przyjąć jakieś założenia, gdzie ewentualnie może nastąpić główne uderzenie i tam skierować największy wysiłek. Oczywiste było, że kluczem do sukcesu aliantów będzie szybkie przerzucenie przez Kanał La Manche (czy, jak go nazywają Brytyjczycy, Kanał Angielski) jak największej ilości wojsk, co – jak wnioskowano – oznaczało, że najprawdopodobniejszym miejscem lądowania będzie najwęższy odcinek kanału, a więc Pas de Calais. Drugim przyjętym aksjomatem była konieczność zdobycia przez stronę atakującą portu, bo tylko port z prawdziwego zdarzenia gwarantował odpowiednie tempo rozładunków. Co za tym idzie, umocnień nadbrzeżnych nie rozbudowywano równomiernie, skupiano się tylko na wybranych odcinkach – za to wszystkie miasta portowe przekształcano w prawdziwe twierdze i przygotowywano do długotrwałej obrony. Niemcy, jak to mieli w zwyczaju, zorganizowali mnóstwo różnego rodzaju oddziałów, które miały służyć obronie wybrzeży. Początkowo odpowiedzialność za bezpieczeństwo wybrzeży powierzono marynarce wojennej. Kriegsmarine już przed wybuchem wojny dysponowało dywizjonami i bateriami artylerii nadbrzeżnej ), czyli Marine-Artillerie-Abteilungen i Marine-Artillerie-Batterien (w skrócie MAA i MAB), ale także artylerii przeciwlotniczej Marine-Flak-Abteilungen (MFA). W skład baterii marynarki wojennej wchodziły najczęściej armaty starszych typów, najczęściej pamiętających jeszcze I wojnę światową, a często jeszcze starsze. Zwykle armaty te pochodziły ze złomowanych okrętów lub (później) takich, których budowę zarzucono. Dywizjony artylerii należące do Kriegsmarine dysponowały więc całym spektrum dział o kalibrze od 105 milimetrów wzwyż, aż do najcięższych, 406-milimetrowych. Dywizjony artylerii przeciwlotniczej (MFA) wykorzystywały natomiast na ogół nowoczesne działa – takie same, jak w dywizjonach Flak należących do Luftwaffe, w tym także te najcięższych kalibrów, do 128 milimetrów. Po kolejnych kampaniach Wehrmachtu okazało się, że Kriegsmarine nie jest w stanie obsadzać coraz dłuższych odcinków wybrzeży – zdecydowano się więc włączyć do obrony wybrzeży także także Heer (Wojska Lądowe). Jeszcze w listopadzie 1940 roku powołano pierwsze dywizjony artylerii obrony wybrzeża, zorganizowane przez ten rodzaj wojsk. Były to tak zwane Heeres-Küsten-Artillerie-Abteilungen (w skrócie HKAA). Pierwsze oddziały tego typu to dywizjony przekształcone w październiku i listopadzie 1940 roku z dywizjonów stacjonarnych (Stellungs-Artillerie-Abteilungen), które przed kampanią we Francji obsadzały Wał Zachodni. Uzbrojenie tych oddziałów stanowił na ogół sprzęt niemiecki, pochodzący jeszcze sprzed I Wojny Światowej oraz zdobyty wcześniej w Czechosłowacji. Główne zadanie opisanych powyżej oddziałów artylerii stanowiło zwalczanie przeciwnika, kiedy znajdował się jeszcze na wodzie. Nie była to całość artylerii oczekująca przeciwnika na wybrzeżach, ponieważ w system obrony często włączano także artylerię dywizji stacjonarnych, o czym będzie jeszcze mowa.

Artyleria nadbrzeżna

Po zapoznaniu się z ogólnymi założeniami warto się przyjrzeć, jak te zasady zostały wprowadzone w życie na interesującym nas odcinku, czyli w Normandii. Strona niemiecka przez długi czas nie traktowała wybrzeży Calvadosu jako potencjalnego miejsca, gdzie mogłoby nastąpić lądowanie, dlatego Wał Atlantycki na tym odcinku istniał w formie raczej szczątkowej. Na początek warto zauważyć, że wybrzeża Normandii nie miały pokrycia ogniem najcięższej artylerii, która mogłaby zagrozić ciężkim okrętom przeciwnika. Niemcy skupili się tu (patrząc od zachodu) na obronie wysp zdobytych na Wielkiej Brytanii (Alderney, Guernsey i Jersey – jedyny skrawek Wielkiej Brytanii, który udało im się zająć), co na pewno było podyktowane w pewnym stopniukwestiami prestiżowymi; oprócz tego miały one dobre strategiczne położenie i zabezpieczały półwysep Bretoński od północy i półwysep Cotentin, a więc i Cherbourg, od zachodu. Na wyspach tych zainstalowano kilka baterii ciężkich dział, z których najcięższe były 305-milimetrowe armaty, wchodzące w skład 604. i 605. dywizjonów artylerii marynarki. W samym Cherbourgu znajdowała się bateria 4 armat kolejowych 24 cm Theodor Bruno (722. ArtBttr (E)), została jednak zabrana z tego rejonu jeszcze przed inwazją wobec miażdżącej przewagi lotnictwa alianckiego. Poza tym w pasie 7. Armii, której przypaść miało wkrótce główne zadanie obrony wybrzeży, znajdowało się kilka baterii wchodzących w skład 1261. i 1260. Pułków Artylerii Nadbrzeżnej oraz – na wschód od ujścia Sekwany – baterie 1255. Pułku podlegającego 15. Armii. Większość dział wchodzących w skład tych pułków stanowiły armaty o kalibrach od 105 do 155 milimetrów, nadające się więc do zwalczania lekkich sił nawodnych i samych oddziałów desantowych. Nie były to działa groźne dla średnich i ciężkich okrętów, także i ze względu na stosunkowo nieduży zasięg, a co więcej ich część znajdowała się w betonowych kazamatach, co bardzo ograniczało ich pole ostrzału – dlatego też na przykład część baterii zgromadzonych koło Cherbourga nie mogła ani ostrzelać floty, gdyż sam Cherbourg nie był bezpośrednio atakowany, ani pomóc w obronie od strony lądu. Jedyny godny odnotowania wyjątek to Bateria „St. Marcouf” (znana też jako „Crisbecq”). Jej uzbrojenie składało się z 4 armat 21 cm K39/41 produkcji Škody oraz armaty 150-milimetrowej, służącej do wystrzeliwania pocisków oświetlających. Nad przypadkiem tej baterii warto się też zatrzymać na dłużej ze względów innych, niż sam jej rodzaj uzbrojenia. Po pierwsze trzeba odnotować, jak wiele do życzenia pozostawiała organizacja dowodzenia obrony wybrzeży. Otóż bateria ta, chociaż stanowiła „trzecią baterię” 1261. Pułku Artylerii Nadbrzeżnej Heer (3./1261. HKAR), wchodziła też, poza trzema innymi bateriami, w skład 260. dywizjonu artylerii nadbrzeżnej Kriegsmarine (260. MAA) jako Marine-Küsten- Batterie „St. Marcouf” i w praktyce miała nad sobą dwa dowództwa. Kolejna ciekawa kwestia związana z tą baterią to jej wyjątkowo długa historia budowy. Jej stanowiska zaczęły powstawać już w 1941 roku, ale do 6 czerwca 1944 roku w betonowych kazamatach zamontowano dopiero dwie armaty, przy czym nie dostarczono pancernych osłon, które miały je dodatkowo zabezpieczać. Kolejne armaty nadal znajdowały się na otwartych stanowiskach. Ostatecznie w dniu lądowania sprawne były tylko 3 armaty 210 mm. Na plus trzeba zaliczyć za to fakt, że ukończono dla niej budowę punktu kierowania ogniem2), podczas gdy większość baterii musiała polegać na własnych, zdecydowanie mniej zaawansowanych technologicznie środkach obserwacyjnych. Trzeba też pamiętać o jeszcze jednym, bardzo istotnym fakcie – mianowicie baterie artylerii nadbrzeżnej, nawet te uzbrojone w zwykłe działa polowe, nie miały żadnych środków transportowych – a więc w przypadku, kiedy by doszło do lądowania, nie byłoby już właściwie możliwości użycia tych dział w trakcie walk w głębi lądu.

Pełna wersja artykułu w magazynie Poligon 4/2012

Wróć

Koszyk
Facebook
Tweety uytkownika @NTWojskowa Twitter