B-24 vs B-17
Krzysztof Kuska
Consolidated B-24 Liberator
vs
Boeing B-17 Flying Fortress
Na Europejskim Teatrze Działań Wojennych to B-17 zagarnął większość sławy. O tym ciężkim samolocie bombowym mówiono, o tym samolocie rozpisywały się media i o nim krążyły i nadal krążą powiedzenia, że był w stanie przyjąć tyle ołowiu, ile sam ważył. Nieco w cieniu pozostawał B-24, którego de facto wyprodukowano więcej sztuk niż jakiegokolwiek innego ciężkiego bombowca. Samolot ten stanowił filar nalotów dywanowych nie tylko w Europie, ale również w Azji. Brał udział w nalotach na rafinerie w Rumunii, ale wsparł również Powstanie Warszawskie, dokonując zrzutów zaopatrzenia.
W tym zestawieniu B-17 stoi nieco na straconej pozycji, ponieważ jest konstrukcją starszą, a więc zapóźnioną w dziedzinie nowinek technicznych i udoskonaleń. Dodatkowo w trakcie drugiej wojny światowej linie produkcyjne opuszczały już ciężkie samoloty bombowe Boeing B-29 Superfortress, które co prawda rzucono na inny teatr działań wojennych (Daleki Wschód), ale były sygnałem, że historia B-17 jest bliższa końca, niż początku.
Oba samoloty miały swoje wady i zalety i oba przysłużyły się do zwycięstwa nad totalitarnymi państwami, z którymi przyszło walczyć Stanom Zjednoczonym. Jeśli dziś po latach spytać załogi tych samolotów, będą twardo obstawać, że maszyna na której latali,była najlepsza.
Jakie więc były podobieństwa i różnice między obu ciężkimi amerykańskimi samolotami bombowymi dalekiego zasięgu?
Początki B-17
Boeing sięga swymi korzeniami czasów pierwszej wojny światowej. To wtedy rodziła się firma będąca potentatem na rynku samolotów po dziś. Niestety dla firmy okres prosperity związanej z zamówieniami wojskowymi szybko się skończył i na stopie pokojowej trzeba było znaleźć nowy sposób, by sprzedać armii swój samolot.
Na szczęście dla firmy w wojsku znalazł się człowiek, który po doświadczeniach we Francji, dowodząc Korpusem Lotniczym w tym kraju podczas Wielkiej Wojny, wiedział do czego jest zdolny samolot. Był to William Mitchell zwany potocznie Billym. Będąc u szczytu swej popularności forsował wykorzystanie samolotów do niszczenia wrogich okrętów zagrażających wybrzeżom Stanów Zjednoczonych. Miał to być środek tańszy i skuteczniejszy w porównaniu z koniecznością wystawienia odpowiednio dużej floty, mogącej w pełni zabezpieczyć kraj.
Już pierwsze próby pokazały, że samolot nie dość, że może znacznie łatwiej niż okręt wykryć przeciwnika, to jeszcze dobrze zrzucona bomba odpowiedniego wagomiaru jest w stanie zniszczyć nawet duże okręty takie jak niszczyciele czy krążowniki. Próby, które odbyły się na przejętych niemieckich okrętach, dobitnie wykazały, że koncepcja jest jak najbardziej słuszna. Jakby nie patrzeć wojna zweryfikowała później te pomysły, udowadniając, że trafienie w manewrujący okręt z lotu poziomego, a nawet z lotu nurkowego, przy silnej obronie przeciwlotniczej nie jest wcale łatwym zadaniem. Początek jednak został zrobiony i machina powoli ruszyła naprzód.
Pierwsze poważniejsze rozmowy na temat powstania wielkiego bombowca, który mógłby zagrozić nawet pancernikom, odbyły się wiosną 1928 r. O ile rozmowy się odbyły, o tyle ich efekt był mizerny. Amerykanom było nie w smak wojowanie i coraz bardziej zmierzali ku izolacji, a taka polityka nijak miała się do produkowania i kupowania nowych samolotów wojskowych. Przejściowym rozwiązaniem, którego uczepiła się firma, były maszyny transportowe i pocztowe.
Nie minęło kilka lat, a polityka obronna Stanów Zjednoczonych uległa zmianie i już w 1934 r. doszło do zamówienia nowego samolotu mającego stanowić wysunięte ostrze obrony terytorium amerykańskiego oraz wspierać bądź co bądź rozproszone terytoria zamorskie. Pierwsze wytyczne nosiły nazwę Project A i zakładały powstanie maszyny zdolnej do przebycia 5000 mil z prędkością 200 mph i udźwigiem 2000 funtów. Boeing wykorzystał prace teoretyczne nad tym projektem do wejścia w realny program ciężkiego bombowca będącego następcą samolotów B-10.
Pełna wersja artykułu w magazynie Lotnictwo 3/2013