Bitwa powietrzna nad Rembertowem – 3 września 1939 roku

Bitwa powietrzna nad Rembertowem – 3 września 1939 roku

Łukasz Łydżba

Od rana 3 września 1939 roku III/1 Dywizjon Myśliwski, wchodzący w skład Brygady Pościgowej i stacjonujący na lotnisku polowym w Zielonce, wykonywał loty patrolowe wokół Warszawy. Około godz. 7.30 nadszedł alarmowy rozkaz startu i dywizjon poderwał w powietrze kilkanaście PZL P.11. W powietrzu dołączył do nich, wezwany przez radio i patrolujący w pobliżu, klucz ppor. pil. Arsena Cebrzyńskiego. W rejonie Rembertowa doszło do walki z Messerschmittami Bf 110 z dwóch Staffeln – 1. i 2.(Z)/LG 1 (lot od około godz. 6.36 do 8.55). Messerschmitty osłaniały w rejonie Warszawy 30 bombowców Heinkel He 111H z Gruppe III.(K)/LG 1, które atakowały lotnisko Okęcie. Piloci Messerschmittów związali walką, jak meldowali osiem–dziesięć polskich myśliwców, co oznacza, że nie wszyscy piloci dywizjonu wzięli udział w starciach powietrznych. Swój udział w tej walce tak opisał ppor. pil. Mirosław Ferić:

Dopiero po ogłoszeniu drugiego alarmu wystartowaliśmy skutecznie. Dwie eskadry w szyku „ciąg kluczy” wyszły na 2000 m. Niebo było bez chmur. Józef denerwuje się na ziemi, to słychać wyraźnie, zapewnia, że nad nami są „sowy” i to dużo!

Osiemnaście par oczu obserwuje niebo i nic nie widać. Co jest do licha! Są na pewno – i nie ma ich!!! Dopiero po dłuższej chwili błysnęły chytrze podmalowane spody samolotów nieprzyjacielskich. A trzeba im przyznać, że malowanie mieli pierwszorzędne. Los tak zrządził, że akurat byłem pierwszym, który ich zauważył. To wystarczyło bym wszczął alarm. Zawiadomiłem d-cę eskadry Wojtka o tym gdzie jest nieprzyjaciel i wykręciłem swój klucz mordą ku maszynom. A nieprzyjaciel był o 2000 m. wyżej nad nami. Oni tam ostentacyjnie chodzili już od dłuższego czasu i widocznie oczekiwali nas. Po prostu złożyli nam „wizytę”. Nie wiedzieliśmy, co to za maszyny, dopiero w czasie walki okazało się, co za rzecz (w tym wypadku ponosi całkowitą odpowiedzialność wyższe dowództwo, które nie poinformowało nas o istnieniu typu Me 110). Tymczasem nasze maszyny drapiąc się w górę (w sposób określany często przez mnie a dobrze znany Wojtkowi i reszcie) zbliżały się do npla. Diabli wiedzą, dlaczego Karubin zaczął wrzeszczeć przez radio, że on prowadzi i że widzi nieprzyjaciela. Odłączył się od skrzydła, za co potem miałem z nim krótką i treściwą rozmowę. Dyon już sunął za nami. Tymczasem znad Warszawy nadlatywała druga eskadra Messerschmittów 110. Razem więc ich 18 na naszych 18. Siły na pierwszy rzut oka mniej więcej równe, ale przy bliższym zestawieniu wychodzi na jaw, że jest zupełnie inaczej. Nasze z szybkością 350 km i 2-ma karab. maszy. (przy czym na tej wysokości szybkość i zwrotność bardzo malała) i ich z szybkością około 550 km/godz. przy czym uzbrojenie miały fantastyczne bo 2 działka i 4 km strzelające do przodu, a uruchamiane przez pilota i 1 km do tyłu obsługiwany przez strzelca. Rachunek ten wykazuje, że siły nie były wcale równe. Ale mimo to skoczyliśmy do nich ochoczo. Widać było jak sprawnie zmienili szyki przed walką, bo oto z eskadry w ciągu kluczy utworzyły się zupełnie samodzielne dwójki.

Pełna wersja artykułu w magazynie TW Historia 3/2019

Wróć

Koszyk
Facebook
Tweety uytkownika @NTWojskowa Twitter