Cekaemy I wojny światowej


Leszek Erenfeicht


 

 

 

Ponury Żniwiarz:

 

 

cekaemy I wojny światowej

 

 

 

Karabiny maszynowe były pierwszą bronią masowego rażenia, która zawładnęła histeryczną wyobraźnią czytelników bulwarówek. Artyleria zabiła w czasie Wielkiej Wojny znacznie więcej ludzi, ale to właśnie cekaemy okrzyknięto po niej narzędziem Szatana. Dzisiejsza hoplofobia w dużej mierze jest wciąż po stu latach echem szoku, jakim była dla współczesnych ich zabójcza skuteczność.

 

 

Przyjrzyjmy się historii i konstrukcji karabinów maszynowych używanych na frontach I wojny światowej. Nasza opowieść będzie podzielona na rozdziały o poszczególnych systemach tej broni, bez rozbijania na kraje. Większość z tych cekaemów była bowiem używana w kilku armiach, a czasem nawet jednocześnie po obu stronach frontu – wszak wszystkie armie tej wojny miały jakieś Maximy, czy to własne zakupione przed wojną, czy zdobyte na przeciwniku, a dotyczyło to także innych systemów, choć na nieco mniejszą, odpowiednią do ich rozpowszechnienia skalę. Maxim był pierwszym karabinem maszynowym, używanym najdłużej i najszerzej, stanowił wzorzec i punkt odniesienia do porównań ze wszystkimi innymi modelami. Zacznijmy więc od niego.


MAXIM
Hiram Stevens Maxim (1840–1916) był bardzo utalentowanym, jeśli nie wręcz genialnym, samoukiem o wybitnych zdolnościach technicznych. Karabin maszynowy miał być z założenia jedynie epizodem w długiej karierze wynalazczej Amerykanina. Już przed trzydziestką miał na koncie kilkadziesiąt patentów z dziedzin tak odległych jak maszyny rolnicze, ulepszenia koła wodnego, żarna, lokówki, lodówki, dynama, silniki parowe i gazowe, kotły, gaźniki, mierniki, pompy, świeczniki, akumulatory, mechanizmy rozrządu, regulatory do silników parowych, urządzenia mechaniczne i hydrauliczne wszelkiej maści. Po trzydziestce odkrył elektrotechnikę, a światło elektryczne, metody jego uzyskiwania i urządzenia do tego służące pochłonęły go bez reszty. Przed czterdziestką zapowiadał się na wielkiego potentata branży elektrotechnicznej. W Nowym Jorku prowadził firmę zarabiającą krocie na silnikach gazowych swego pomysłu, a potem wpadł na pomysł połączenia swych wynalazków i zbudował pierwszą elektrownię gazową, oświetlającą Manhattan. Sukcesy w branży elektrotechnicznej zrodziły u wielu zawiść i obawę. Jednym z zagrożonych potentatów był inny elektryczny geniusz Nowego Świata – Thomas Alva Edison. Pod egidą Geniusza z Menlo Park konkurenci zebrali siły i pozbyli się Maxima z biznesu, składając mu propozycję nie do odrzucenia: zapłacą mu 200 000 dolarów za powstrzymanie się od dalszych elektrycznych wynalazków na 10 lat!

Po mniej więcej roku tego płatnego urlopu Maxim postanowił znowu coś wymyślić. Znajomy spotkany w Wiedniu poradził mu, żeby się zainteresował bronią, bo tylko to miało w Europie wzięcie. Od wojny francusko- niemieckiej 1870 roku na samym kontynencie panował pokój – ale poza nim trwał wyścig po imperia kolonialne w Azji oraz rozbiór Afryki. Anglicy, którzy dopiero co dostali po łapach od Zulusów w południowej Afryce i od afgańskich górali w Azji, narzekali bardzo na jakość swej broni piechoty, w tym na zawodność ówczesnej Wunderwaffe – kartaczownicy. Maxim podjął wyzwanie i po półtora roku pracy złożył wniosek patentowy na coś, czego jeszcze nie było – samoczynny karabin maszynowy. Dziś ta nazwa zakrawa na pleonazm, gdyż przymiotniki „maszynowy” i „samoczynny” uważamy w przypadku broni za tożsame. Wówczas jednak termin „karabin maszynowy” rozumiany był dosłownie – jako maszyna do strzelania. Większość maszyn poza największymi fabrykami miała wówczas napęd ręczny, więc konieczność kręcenia korbą, żeby karabin strzelał nie budziła większego zdziwienia. Maxim zaproponował coś nowego. Każdy strzał uwalniał przecież mnóstwo energii, która po wyrzuceniu pocisku rozpraszała się w otoczeniu, marnotrawiona w całości. U Maxima maszyna zaprzęgała tę energię do przygotowania broni do kolejnego strzału i do jego oddania.

Karabin stał się silnikiem, uruchamianym przez maszynistę wciśnięciem dźwigni i zatrzymywanym przez jej zwolnienie. Oczywiście, od tego pomysłu mieszającego broń palną z silnikiem gazowym do MG 08, którego jedna z gazet angielskich ochrzciła „Ponurym Żniwiarzem znad Sommy” droga była jeszcze bardzo daleka, ale pierwszy krok został już zrobiony.

Fascynujące dzieje rozwoju wynalazku Maxima wypełniły już niejeden tom, więc nie miejsce tu i nie czas na ich powtarzanie w szczegółach. Stworzony w roku 1883 karabin maszynowy Maxima z trudem przebijał się do uzbrojenia armii w Europie. Wiele lat trwało, zanim jego dzieło doceniono jako cokolwiek więcej niż narzędzie do masakrowania dzikusów w koloniach. Rewolucji taktycznej, jaką karabin maszynowy przyniósł w czasie trwania pierwszej wojny światowej bardzo długo nic nie zapowiadało. Pierwszą bitwę przyszło Maximowi stoczyć z kartaczownicami, które mimo wszystkich swych wad dorobiły się już ugruntowanej pozycji rynkowej. Między Maximem, a handlującymi nimi ludźmi pokroju Thorstena Nordenfelda czy Basila Zaharoffa, reprezentującego wówczas Gatlinga, wkrótce rozgorzała walka, w której żadna ze stron nie stroniła od brudnych trików. Maxim wyszedł z niej zwycięsko – najpierw wykupił Nordenfelda, zaprzęgając go do sprzedaży swych karabinów, a potem z nowym angielskim wspólnikiem, Arthurem Vickersem, przekabacili także Zaharoffa. Po sukcesie tej niemal 10-letniej kampanii Europa stanęła przed nim otworem.

 

Pełna wersja artykułu w magazynie Strzał Specjalny 4

Wróć

Koszyk
Facebook
Twitter