Chrzest bojowy śmigłowca Rooivalk


Maciej Szopa


 

 

 

Chrzest bojowy śmigłowca Rooivalk

 

 

 

Zainicjowanie w połowie lat 80. ubiegłego wieku programu ciężkiego śmigłowca bojowego AH-2 Rooivalk przez Republikę Południowej Afryki przez wielu było – i jest nadal – określane jako przysłowiowe rzucanie się z motyką na słońce. Zdaniem większości ekspertów i komentatorów, samodzielne opracowanie tak zaawansowanej konstrukcji, powinno zakończyć się katastrofą – jeśli nie techniczną i prestiżową, to z pewnością ekonomiczną. Pomimo wszystkich przeciwności, program był kontynuowany przez kolejne trzy dekady, owocując wprowadzeniem już w nowym tysiącleciu tuzina maszyn do służby. W ostatnich miesiącach przeszły one udany chrzest bojowy. Czy będzie to nowy początek w dziejach Rooivalka?

 

 

4 listopada 2013 roku dwa południowoafrykańskie śmigłowce bojowe Rooivalk, przydzielone do sił Organizacji Narodów Zjednoczonych, wystartowały z lotniska we wschodniej części Demokratycznej Republiki Konga i skierowały się w stronę miejscowości Tshanzu. Nieopodal niej, w górach, na pograniczu z Ruandą, znajdowały się schrony i posterunki kongijskiego Ruchu 23. Marca (nazywanego popularnie M23), złożonego ze wspieranych przez Ruandę rebeliantów. Ruch 23. Marca wywodzi się z grup bojowników, którzy pozostali „w podziemiu” po zakończeniu wojny domowej w DRK, ciągnącej się przez lata 90. XX i pierwszą dekadę XXI wieku. W tym czasie na terytorium tego kraju działało – z różnych pobudek – aż osiem różnych państw, a każde z nich organizowało i szkoliło sprzyjające im oddziały partyzanckie. Po oficjalnym zakończeniu wojny domowej w 2006 roku, walki nie ustały. Siły rządowe musiały mierzyć się głównie z najsilniejszym ruchem partyzanckim, tzw. Kongresem Obrony Ludu (CNDP). Szlachetna nazwa kryła za sobą operacje związane z wywożeniem dóbr naturalnych Konga za granicę, a przy okazji rabunkami, mordami i gwałtami. CNDP było do tego stopnia skuteczne, że po trzech latach zmusiło władze do rozmów pokojowych i uznania oddziałów partyzanckich za... część sił zbrojnych Demokratycznej Republiki Konga! Dowódcy partyzantki otrzymali stopnie oficerskie, a lokalni watażkowie wysokie godności wojskowe, w tym także generalskie. Układ ten był upokarzający, dlatego wiosną 2012 roku prezydent Demokratycznej Republiki Konga, Joseph Kabila, czując się w miarę pewnie, zapowiedział osądzenie byłego przywódcy CNDP, ludobójcy „generała” Bosco Ntagandę. Kabila nie robił tego bezinteresownie, sam wcześniej sfałszował na własną korzyść wybory prezydenckie, przez co stracił poparcie społeczności międzynarodowej. Pozbycie się morderców z aparatu państwowego miało mu je przywrócić. Niestety, szybko okazało się, że byli rebelianci byli przygotowani na taki scenariusz i mimo że wcieleni do armii, nadal pozostawali lojalni wobec swoich dawnych dowódców. Szybko wzmocnili siły łącząc się z dezerterami zarzucającymi rządowi niewywiązanie się z umów z 23 marca 2009 roku, stąd nazwa nowego ruchu. Partyzanci zajęli prowincję Kiwu w północno- wschodniej części kraju, a na krótki czas, w listopadzie 2012 roku, nawet milionowe miasto Goma. Sukces ten spowodował gwałtowną reakcję władz Konga. Do wschodniej części kraju został wysłany „mąż opatrznościowy” DRK – generał Sultani Makenga, który przywrócił dyscyplinę w armii i sprawił, że przestała ona nękać okoliczną ludność (przez co dotąd, z punktu widzenia przeciętnego obywatela, niewiele różniła się od partyzantów). Wsparły go w bardziej zdecydowany sposób oddziały brygady interwencyjnej ONZ – MONUSCO (Mission de l’Organisation des Nations Unies en République Démocratique du Congo). W jej skład weszli żołnierze z: Republiki Południowej Afryki, Malawi i Tanzanii.

Rebelianci nie tylko nie wahali się otwierać ogień do żołnierzy w błękitnych hełmach, ale wręcz przechwalali się zadawanymi im stratami i zawyżali je. Sądzili, że takie działania spowodują, że państwa wykonujące mandat ONZ będą obawiały się strat, także tych politycznych. Tym razem jednak ONZ zareagowała zupełnie inaczej. Jeszcze latem 2013 r., po ofensywie M23, w której zginęli żołnierze ONZ, w tym także kilku z Republiki Południowej Afryki, do tamtejszych mediów przedostała się wypowiedź jednego z żołnierzy z RPA: Oczekujcie złych wieści i kolejnych strat. Żadnych Gripenów ani Rooivalków, jak obiecano nam przed rozpoczęciem misji. Odzew społeczny był duży, i wkrótce trzy pomalowane na biało śmigłowce Rooivalk zostały wysłane do DRK.

 

Pełna wersja artykułu w magazynie NTW 5/2014

Wróć

Koszyk
Facebook
Twitter