Jak czekista z cekaemistą
Michał Sitarski
Jak czekista z cekaemistą
Kontynuując serię artykułów o zapomnianych polskich producentach broni i amunicji, dziś zajmiemy się Fabryką Gilz Myśliwskich „Union” Godycki-Ćwirko F. i S-ka, która działała w Warszawie na przełomie XIX i XX wieku.

Od pewnego czasu miłośnicy broni strzeleckiej z lat drugiej wojny światowej w naszym kraju mogą stać się posiadaczami niektórych jej wzorów. Oczywiście, wyłączając nielicznych szczęśliwców z tzw. „promesą”, mowa jest o egzemplarzach pozbawionych cech użytkowych, dzięki czemu można kupić prawie wszystko – od pistoletu po wukaem. W kategorii największych i najcięższych (acz wcale nie o największym kalibrze) modeli plasuje się właśnie cekaem Ma - xim wz.1910. Jeśli ktoś lubi duże i ciężkie zabawki, to jest on wręcz wymarzonym zakupem – kompletny karabin z kołową podstawą So - kołowa i tarczą pancerną chroniącą strzelca ma masę prawie 65 kilogramów i długość ponad 1 metr. Może zatem stanowić ozdobę kolekcji (w której mamy już np. AKMS i PPS-43 – STRZAŁ 3/10 i 5/10), a nawet zostać uznany za mebel – kto wie, może jakaś „złota rączka” zmajstruje na nim fikuśny barek lub zgrabny stolik do kawy? Przy tym nad opisanymi wcześniej typami broni ma zdecydowaną przewagę – nie ma możliwości, że nasze pociechy wyniosą go na podwórko pobawić się z kolegami w wojnę. Opisywany egzemplarz pochodzi z końca produkcji (rocznik 1944) – ma wprowadzony w tym roku na wzór Maximów fińskich duży korek wlewu wody do chłodnicy lufy, który pozwalał na sypanie do wnętrza również śniegu. Cekaem nosi ślady eksploatacji i widać, że swoje przeszedł, choć nie jest zniszczony. Zarówno karabin, jak i podstawa były też przynajmniej dwukrotnie malowane, co widać w miejscach, w których pojawiły się odpryski – druga warstwa jest nieco ciemniejsza niż standardowy kolor, który miało uzbrojenie Armii Czerwonej, co może świadczyć o przemalowaniu go już w Wojsku Polskim.
Jak „zabito” Maxima?
Przyznać trzeba, że choć samo pozbawianie broni cech użytkowych jest barbarzyństwem (ale takie mamy przepisy prawa...), to zostało ono dokonane z głową – na pierwszy rzut oka nie widać, że mamy do czynienia z niestrzelającym egzemplarzem cekaemu. Jedynym zewnętrznym wyróżnikiem tego, że broń przeszła najpierw przez ręce rusznikarza, a potem przez Centralne Laboratorium Kryminalistyczne jest kartusz CLK naniesiony na prawej stronie komory zamkowej na wysokości celownika, około 20 mm od jej górnej krawędzi, pod wybitym numerem seryjnym.
Przyznać trzeba, że choć samo pozbawianie broni cech użytkowych jest barbarzyństwem (ale takie mamy przepisy prawa...), to zostało ono dokonane z głową – na pierwszy rzut oka nie widać, że mamy do czynienia z niestrzelającym egzemplarzem cekaemu. Jedynym zewnętrznym wyróżnikiem tego, że broń przeszła najpierw przez ręce rusznikarza, a potem przez Centralne Laboratorium Kryminalistyczne jest kartusz CLK naniesiony na prawej stronie komory zamkowej na wysokości celownika, około 20 mm od jej górnej krawędzi, pod wybitym numerem seryjnym.
Pełna wersja artykułu w magazynie Strzał 9/2010