Czołgi z mgły. Polskie Vickersy Mk. E. Część II

Jędrzej Korbal
Na krótko przed podpisaniem umowy zakupu angielskich czołgów lekkich we wrześniu 1931 roku w siedzibie WIBI miała miejsce kolejna, nieprzywołana w pierwszej części tekstu, konferencja. Poświęcono ją w całości brzmieniu warunków technicznych opisujących 6-tonowy czołg angielski.
Na zorganizowanym 18 czerwca spotkaniu poza Polakami byli tam obecni również przedstawiciele firmy Vickers-Armstrong, co bez wątpienia pozwoliło na szybsze wypracowywanie wspólnych stanowisk. Producent czołgów bardzo ostrożnie podchodził do kwestii wytwarzania i montażu jarzm kulistych i peryskopów, których to elementów w zasadzie nigdy nie stosował i nie chciał brać za nie odpowiedzialności. Wyjściem z tego miało być przesłanie do Polski dokładnych rysunków technicznych wież i wrysowanie przez krajowych konstruktorów elementów optyki, jarzma i samej broni, której umieszczenie w jednobroniowej wieży również podważał p. Bottterill. Dopiero po tym pracownicy Vickersa mieli wziąć na siebie rozwiązanie konstrukcyjne zamocowania karabinu lub gdy zajdzie potrzeba – przekonstruować odpowiednio wieżyczkę. Wbudowanie peryskopów szczelinowych kierowcy wzięła na siebie strona angielska przy zastrzeżeniu, że nie bierze odpowiedzialności za uzyskanie pożądanego pola widzenia. Nieco emocji wzbudziła forma prób odbiorczych. Pierwszym problemem były jazdy próbne, a w zasadzie dobrana do nich nawierzchnia (szosa czy teren) i ustalenie, czy przy trwającej osiem godzin jeździe z prędkością 15 km/h można będzie dokonywać smarowania elementów, za czym mocno optowali Anglicy. Drugim polem niezgody był dobór blach i amunicji do prób odpornościowych. Firma zgodziła się na ostrzał blach z cekaemów Hotkchissa kalibru 7,92 mm, z zastrzeżeniem jednak, że będzie mogła zapoznać się z tą bronią celem przeprowadzenia badań. Jeśli chodzi zaś o odporność płyt, to w przypadku rodzących później największe wątpliwości 13-milimetrowych blach Vickers-Armstrong deklarował, że z odległości 200 metrów są one odporne na ostrzał z brytyjskiego cekaemu kalibru 12,7 mm. W przypadku blach 9-milimetrowych nie czyniono różnicy co do pochodzenia amunicji ani broni. Bardzo lakonicznie w sprawozdaniu z konferencji ujęto sprawę gwarancji, o której napisano: Przedstawiciel firmy zastrzega, że o ile mu wiadomo, firma godziła się na półroczną, a nie roczną gwarancję. Dzień po konferencji z jej wynikami został zapoznany kpt. Gundlach, który zaopiniował wszystkie zawarte w sprawozdaniu wnioski. Akceptację uzyskała sprawa przesłania dokumentacji i naniesienia dodatkowych rysunków, wyboru i umieszczenia francuskiej broni w wieżach czołgowych oraz ostrzeliwania blach. Jeśli chodzi o gwarancję, to sformułowano uwagę, że termin półroczny może zostać przez stronę polską zaakceptowany, ale tylko wtedy, gdy czołgi dotrą do kraju na wiosnę. W przeciwnym razie konieczne było zastrzeżenie, że okres gwarancyjny rozpocznie się od kwietnia następnego roku względem dostawy. O tym, jak dalej potoczyła się historia zakupu i napływania sprzętu do Polski, pisaliśmy już w pierwszej części tekstu, kwerenda archiwalna odsłania jednak kolejne epizody służby sześciotonowców w Polsce.
Pełna wersja artykułu w magazynie TW Historia nr specjalny 4/2018