Czołgowa amunicja kierowana

Czołgowa amunicja kierowana

Jarosław Wolski

 

Czołgi na polu walki używają dwóch zasadniczych rodzajów amunicji: przeciwpancernej i wielozadaniowej. Jednakże od lat 60. można wymienić jeszcze jeden jej rodzaj, a mianowicie czołgową amunicję kierowaną. Ma ona przeważnie postać GLATGM (Gun Launched Anti-Tank Guided Missile), czyli wystrzeliwanych z armaty, przeciwpancernych pocisków kierowanych (ppk). W krajach NATO czołgowe ppk były rzadkością, w ZSRR występowały z kolei dość powszechnie. Obecnie, oprócz krajów byłego Związku Radzieckiego, tego rodzaju amunicja jest użytkowana w Izraelu, Iraku, Syrii, Algierii, Chinach, Pakistanie, Cyprze, Korei Południowej i Indiach. Z kolei Stany Zjednoczone prowadzą szeroko zakrojone i bardzo wyrafinowane technicznie prace nad jej opracowaniem. Niezależnie od tego, czołgowe ppk nie zostały, w stopniu godnym odnotowania, użyte w działaniach bojowych, zasadność ich stosowania na europejskim teatrze działań wojennych, budzić z kolei powinna poważne wątpliwości.

Geneza z lat zimnej wojny

Po obu stronach tzw. żelaznej kurtyny szybko doceniono pojawienie się amunicji kumulacyjnej. Mimo że jej przebijalność była wprost zależna od średnicy wkładki, a tym samym kalibru pocisku, to osiągana penetracja pancerza stalowego wydawała się być ponad możliwości osłony dowolnego do skonstruowania czołgu, zarówno średniego, jak i ciężkiego. Rozwój technologii rakietowej i naprowadzania zaowocował pojawieniem się pierwszych ppk, które szybko zaczęły wypierać armaty przeciwpancerne. Nieco inaczej wyglądała kwestia amunicji czołgowej. Armaty gwintowane kalibrów 90 - 122mm mogły przenosić pociski kumulacyjne o zasadniczo mniejszej wkładce, a zatem i penetracji, niż najsłabsze nawet ppk. Dodatkowo ruch wirowy pocisku powodował zaburzenia podczas formowania się strumienia kumulacyjnego z wkładki, w ekstremalnych przypadkach redukowało to przebijalność głowic testowych o prawie 75%. Efektem była bardzo dyskusyjna zasadność wyposażania czołgów w amunicję kumulacyjną, mimo że teoretycznie (przy odpowiednim kalibrze wkładki), mogła ona pokonać dowolny pancerz. Dość szybko podjęto zatem szereg działań mających ograniczyć lub wręcz znieść zaburzenie strumienia kumulacyjnego na skutek ruchu wirowego pocisku. Najbardziej wyrafinowane rozwiązanie powstało we Francji dla 105 mm armaty CN105-F1 czołgu AMX-30, polegające na stworzeniu nabojów kumulacyjnych Obus-G, w których wewnątrz korpusu pocisku umieszczano, na łożyskach kulkowych, głowicę kumulacyjną. W momencie wystrzału pocisk był wprawiany w rotację, która stabilizowała go, jednakże umieszczona wewnątrz głowica obracała się zdecydowanie wolniej, co nie zakłócało formowania się strumienia kumulacyjnego. Niestety, konstrukcja Obus-G była wyjątkowo skomplikowana, przez co ładunek był małej średnicy i posiadał zaledwie 700 gram oktogenu. Maksymalna przebijalność sięgała jednak 400 mm stali, co było i tak świetnym wynikiem, jak na pocisk wystrzelony z armaty gwintowanej. W Stanach Zjednoczonych, następnie w Niemczech i ZSRR, podejście do problemu było jednak bardziej racjonalne. Stworzono po prostu seryjne, gładkolufowe armaty czołgowe, wpierw w ZSRR, potem w Niemczech i w końcu, na bazie niemieckich technologii, w samych Stanach Zjednoczonych. Otworzyło to ponownie możliwość relatywnie prostego stosowania głowic kumulacyjnych w amunicji czołgowej. Na przełomie lat 50. i 60. tak jednak nie było i wozy bojowe posiadały armaty gwintowane. Jednocześnie istniał drugi, z punktu widzenia załóg czołgów, nawet większy problem - celność ognia w ruchu. W owych latach nie istniały jeszcze wyrafinowane czołgowe SKO, które pozwalały na strzelanie z pojazdu w ruchu do celu stacjonarnego z wystarczająco wysokim prawdopodobieństwem trafienia. Co gorsza, nawet prowadzenie ognia z pojazdu nieruchomego, ale do niewielkiego i poruszającego się celu, na dystansie ponad 1000 metrów, obarczone było dużym ryzykiem pudła. Oczywistym pomysłem na obejście problemów ze stosowaniem głowic kumulacyjnych w amunicji czołgowej oraz celnością w ruchu i do celów w ruchu, było wprowadzenie przeciwpancernych pocisków kierowanych do jednostki ognia czołgów. Na ówczesnym etapie rozwoju wymagało to jednak albo stworzenia rakietowego niszczyciela czołgów posiadającego wyrzutnię ppk, albo czołgu z niskociśnieniową armatą - wyrzutnią dużego kalibru. Pierwsze prace, które zaowocowały seryjnym pojazdem, miały miejsce w Stanach Zjednoczonych.

Amerykańskie fiasko

O ile rozwój niszczycieli czołgów wyposażonych w ppk stanowi osobną historię, o tyle GLATGM są już nierozerwalnie związane z koncepcjami z lat 60. i opracowywaniem czołgu nowego pokolenia, amerykańsko – niemieckiego MBT-70/KPz70. Mimo że prace trwające od 1963 do 1971 roku zakończyły się fiaskiem, to w ich ramach powstało kilka prototypów oraz nowych rozwiązań technicznych. Jednym z nich była armato – wyrzutnia XM150 kalibru 152 mm mogąca strzelać zarówno przeciwpancernymi pociskami kierowanymi, jak i „klasycznymi” pociskami podkalibrowymi i kumulacyjnymi. Jednocześnie, w tle trwającego programu MBT-70, trwały już od 1960 roku prace nad „przejściowymi” czołgami, które miały wesprzeć M60, zanim będzie gotowy ich następca. Na skutek fascynacji technologiami rakietowymi postanowiono stworzyć między innymi nowy czołg, wyposażony w armato - wyrzutnię ppk na bazie kadłuba M60. Uzbrojenie główne, w postaci armato - wyrzutni kalibru 152 mm, postanowiono zaczerpnąć z czołgu amerykańskich spadochroniarzy, M551 Sheridan. Trwający program MBT-70 miał gwarantować dopracowanie czołgowego ppk. Pokrótce taka była geneza powstania M60A2 Starship, jednego z bardziej nieudanych amerykańskich czołgów, który wszedł do służby w 1974 roku i został wyprodukowany w zaledwie 540 egzemplarzach, a definitywnie wycofany ze służby już w 1981 roku. Głównym orężem wozu M60A2 był pierwszy, seryjny GLATGM, MGM-51 Shillelagh. Prace nad nim rozpoczęto już w roku 1958, rok później, z dwóch alternatyw, wybrano do dalszego rozwoju opracowanie firmy Ford. Pocisk kierowany miał kaliber 152 mm, długość 1,11 m i masę 26,8 kg. Jego zasięg wynosił początkowo 2000 m, ale od wersji MGM-51B zwiększony został do 3000 m. Wyposażony był w głowicę kumulacyjną o przebijalności do 300 mm RHA (kanał penetracji w płycie pochylonej pod kątem 60 stopni). MGM był wyrzucany z lufy za pomocą gazogeneratora ukrytego w dyszy silnika marszowego, następnie odpalał się sam silnik marszowy, który nadawał prędkość około 700 km/h. Nietypowy i jak na lata powstania bardzo wyrafinowany był układ naprowadzania. Składał się on ze znacznika (markera) ppk, silnej żarówki w tyle pocisku oraz sterującej wiązki podczerwonej emitowanej z wieży czołgu za pomocą dwóch łukowych lamp ksenonowych, każda z trzema elektrodami. Celowniczy musiał tylko utrzymywać znacznik na celu, komendy sterujące dla ppk były zaś wyznaczane automatycznie. Wadą tego typu sposobu naprowadzania była podatność na naturalne zakłócenia od słońca, mgły, deszczu czy zakłóceń pola walki (flary, race, pożary, zadymienie itp.). Znacząca była również martwa strefa, wynosząca aż 700m, z tego powodu M60A2 posiadał także 33 „klasyczne” pociski kumulacyjne. Żywotność lufy wynosiła 200 strzałów. Sam pocisk Shillelagh był na tyle skomplikowany, iż został wyposażony w układ autodiagnozy. Pocisk, a zwłaszcza jego układ naprowadzania oraz SKO czołgu, okazały się być wyjątkowo awaryjne. Dodatkowo M60A2 przenosił tylko 13 ppk, szybkostrzelność realna wynosiła jeden na minutę. W latach 1964 - 1971 wyprodukowano 88 tysięcy ppk MGM-51 w trzech wersjach. MGM-51 Shillelagh oraz czołg M60A2 okazały się być całkowitymi porażkami, zarówno pod względem skuteczności uzbrojenia głównego, jak i przede wszystkim jego niezawodności. Stanowiły jednak niezwykle silny impuls do pracy po drugiej stronie żelaznej kurtyny.

Sowieckie porażki

Podjęcie prac w Stanach Zjednoczonych stało się bezpośrednią przyczyną automatycznego rozpoczęcia analogicznych projektów w ZSRR, gdzie dodatkowo trafiły one na bardzo podatny grunt. Rakietowa fascynacja Nikity Chruszczowa wraz z woluntaryzmem i nieliczeniem się z kosztami, spowodowały, że każde biuro konstrukcyjne projektujące „rakietowe” czołgi mogło liczyć na przychylność na szczeblu centralnym. Efektem był istny wysyp takich konstrukcji w pierwszej połowie lat 60. Większość z nich pozostało na deskach kreślarskich, ale część doczekała się dalece zaawansowanych prototypów. Mimo rakietowej fascynacji Chruszczowa, większość biur konstrukcyjnych trzeźwo oceniała realność tworzenia „rakietowego czołgu” i decydowała się na opracowanie po prostu niszczyciela czołgów na bazie istniejących maszyn i strzelającego ppk. Taki był Obiekt 287 z 1962 roku, takie też były koncepcje tworzenia pojazdów na bazie czołgów T-55 i T-62 oraz Obiekt 772 z 1962 roku. Ostatnim pojazdem powstałym w myśl tej, dość racjonalnej koncepcji, był Obiekt 150 z 1968 roku. Drugą grupę stanowiły futurystyczne pojazdy z niskociśnieniowymi armatami - wyrzutniami w niskoprofilowych wieżach. Wiele z nich było pracami, które miały za zadanie, tylko i wyłącznie, trafić w gusta kierownictwa KC KPZR, a przy okazji zapewnić stały dostęp funduszy dla biur konstrukcyjnych. Przykładami takich projektów był rakietowy wariant Obiekt 432 z 1962 roku, Obiekt 775 i 780 z 1963 roku. Seryjne efekty wszystkich powyższych prac były więcej niż skromne, odsunięcie Chruszczowa od władzy i przetasowania w KC definitywnie je przerwały.

Pełna wersja artykułu w magazynie NTW 4/2018

Wróć

Koszyk
Facebook
Tweety uytkownika @NTWojskowa Twitter