„Dar poprzedniej generacji”, czyli amerykańskie pancerniki typu Iowa. Cz.1

Sławomir J. Lipiecki
Zwykle za najlepsze okręty, jakie kiedykolwiek zbudowano uznaje się amerykańskie pancerniki typu Iowa. Przez swoich zwolenników nazywane są współcześnie „darem poprzedniej generacji”.
Co prawda niektóre zagraniczne pancerniki (w tym japońskie olbrzymy typu Yamato) nieznacznie wyprzedzały je w pojedynczych parametrach, jednak nikomu nigdy nie udało się zbudować jednostek o tak wysokich i jednocześnie zrównoważonych cechach. Na liście „najgroźniejszych okrętów w historii wojen morskich” przedstawionej w programie Discovery Channel, pancerniki typu Iowa zostały sklasyfikowane na pierwszym miejscu.
Były ze wszech miar nowoczesne, duże (około 60 000 ton metrycznych) – stanowiły doskonałą platformę do przenoszenia sporej ilości uzbrojenia i systemów radioelektronicznych, szybkie, zwrotne, potężnie uzbrojone, przyzwoicie opancerzone i mające ogromny zasięg operacyjny, czyniący z nich jednostki strategiczne. Co więcej, te uzbrojone w latach 80. XX wieku w oręż nuklearny, wielozadaniowe olbrzymy były zdolne samodzielnie rozprawić się ze znakomitą większością flot wojennych, a ich potencjał w wielu sytuacjach dalece przewyższał możliwości nawet najnowszych lotniskowców z napędem nuklearnym. Okręty liniowe typu Iowa były także pierwszymi w historii jednostkami tej klasy, których zasięg skuteczny uzbrojenia przewyższył ten, jakim dysponują samoloty z lotniskowców.
Dziś, wszystkie cztery pancerniki mają status okrętów-muzeów, przy czym dwa z nich – USS Iowa i USS Wisconsin – wciąż można wprowadzić do linii w razie wyższej konieczności. USS Iowa (BB-61) stacjonuje w San Pedro (stan Kalifornia), USS New Jersey (BB-62) w Camden (stan New Jersey), USS Missouri (BB-63) w Pearl Harbor (stan Hawaje) i USS Wisconsin (BB-64) w Norfolku (stan Wirginia).
Geneza
Pierwsza wojna światowa uczyniła Stany Zjednoczone czołową potęgą morską i międzynarodowego arbitra w kwestii zbrojeń na morzu, w tym ustalania proporcji flot wojennych. Po podpisaniu w Waszyngtonie 6 lutego 1922 roku rozbrojeniowego traktatu, pod banderą USA pozostawało w służbie czynnej 18 okrętów liniowych, w tym aż 12 nowych superdrednotów. Były to okręty dużo potężniejsze (uzbrojone w liczne armaty kalibru 356 i 406 mm o wysokich parametrach) oraz lepiej zaprojektowane (miały m.in. solidne opancerzenie w układzie „wszystko albo nic” i efektywny system ochrony podwodnej) od analogicznych jednostek innych państw, w tym także Wielkiej Brytanii. Ponadto, z powodu podpisanego układu rozbrojeniowego, który zakazywał budowania nowych pancerników, niemal wszystkie pozostające w linii amerykańskie okręty liniowe poddano w okresie międzywojennym całkowitej przebudowie (w najgorszym razie, gruntownej modernizacji) prowadzącej de facto do otrzymania nowych jednostek. Można powiedzieć, że amerykańskie pancerniki starano się unowocześniać „na bieżąco”. Dzięki temu w przededniu wybuchu drugiej wojny światowej w Europie, jedynie prędkością maksymalną ustępowały one najnowszym wówczas konstrukcjom zagranicznym, niejednokrotnie przewyższając je za to uzbrojeniem, grubością i sposobem/skalą rozplanowania pancerza, skutecznością ochrony podwodnej czy też systemem kierowania ogniem i zasięgiem operacyjnym (autonomicznością).
W USA bardzo uważnie obserwowano technologiczne poczynania marynarek europejskich, jednak amerykańskich strategów najbardziej interesowało to, co działo się na bliskim wschodzie. Za głównego rywala Stanów Zjednoczonych już od początku XX wieku politycy amerykańscy uważali Japonię i jej Cesarską Flotę (Teikoku Kaigun), której względnie nowoczesne stocznie wybudowały w latach 1915-1921 kilka nowych pancerników (wyłącznie superdrednotów). Tym niemniej Amerykanie wbrew pozorom wcale nie obawiali się koncepcyjnie przestarzałych (i częściowo skorodowanych) pancerników japońskich, z którymi – w ich ocenie – bardzo szybko i bez większego trudu uporałaby się Flota Pacyfiku (zgodnie z założeniami przedwojennego planu „Orange”, bazującego w dużej mierze na koncepcji „generalnej bitwy” propagowanej jeszcze przez Alfreda T. Mahana według jego wczesnej wizji doktryny „Blue Ocean Navy”), dysponująca wprost nieporównywalnie potężniejszymi i nowocześniejszymi jednostkami tej klasy.
Sen z powiek amerykańskim sztabowcom spędzały jedynie cztery, bazujące na brytyjskiej konstrukcji, znacząco zmodernizowane w latach 30. XX wieku krążowniki liniowe typu Kongô (według niektórych źródeł, po przebudowie w latach trzydziestych przeklasyfikowane na pancerniki, ale wyłącznie w celu ujednolicenia klasyfikacji, bowiem z klasycznymi okrętami liniowymi nie miały kompletnie nic wspólnego), które choć technicznie niedoskonałe i słabo opancerzone, zdolne były do osiągania prędkości maksymalnej rzędu 30 węzłów.
Tym samym nagle okazało się, że Amerykanie nie mają żadnego okrętu zdolnego do doścignięcia i szybkiego zniszczenia jednostek japońskich, które dzięki swojej prędkości i sile ognia (8 armat kalibru 356 mm L/45) mogłyby wprowadzić nie lada zamęt (by nie powiedzieć terror) w amerykańskich liniach komunikacyjnych. Ponadto z powodzeniem mogły działać w ramach szybkich zespołów operacyjnych lotniskowców lub jako samodzielne, taktyczne grupy bojowe o charakterze zaczepnym. Przechwycenie tak szybkich jednostek byłoby raczej niemożliwe (lub bardzo trudne), nawet dla najszybszych ówcześnie pancerników amerykańskich, należących do typów New Mexico i Tennessee, mogących przy standardowym przeciążeniu siłowni rozwinąć i przez pewien czas utrzymać prędkość około 23 węzły. Z kolei użycie do tego celu ciężkich krążowników i niszczycieli wiązało się ze zbyt wielkim ryzykiem ich utraty w starciu z bądź co bądź bardzo silnymi okrętami Cesarskiej Floty.
Wśród „orędowników” idei pierwszego amerykańskiego „szybkiego pancernika” znalazły się takie znakomitości, jak m.in. równie genialny, co konserwatywny w swoich poglądach, emerytowany admirał Joseph Strauss – były szef katedry artylerii US Navy, były dowódca pancernika Nevada (BB-36), członek organu doradczego marynarki General Board – czy też wsławiony udanym, symulowanym atakiem lotniczym na Pearl Harbor (sic!) komandor (późniejszy kontradmirał) Joseph „Jocko” Clark, dowódca lotniskowca USS Yorktown (CV‑5). Wspólnie z innymi wysokimi rangą oficerami z General Board, wystosowali oni memorandum do ówczesnego sekretarza marynarki Cherlesa Swansona o ujęcie w programie rozbudowy floty nowego pancernika.
W maju 1935 roku w Biurze ds. Konstrukcji i Napraw (Bureau of Construction and Repair, w 1940 roku po połączeniu z Bureau of Engineering przemianowanym na Bureau of Ships, a obecnie znanym jako NAVSEA) rozpoczęto prace projektowe nad nowymi pancernikami – typu North Carolina. Ich charakterystyka w pełni odpowiadała amerykańskiej wersji doktryny „All big gun battleships”, zapoczątkowanej przez Josepha Straussa jeszcze podczas trwania I wojny światowej i konsekwentnie przez następne lata realizowanej. Miała to być jednostka o traktatowej wyporności standardowej 35 000 ts (35 562 t) i szerokości maksymalnej 33 m, czyli wielkości skrajnej umożliwiającej okrętom bezproblemowe pokonywanie śluz Kanału Panamskiego. Tradycyjnie pancerniki miały być potężnie opancerzone i uzbrojone oraz powinny dysponować dużą zwrotnością i zasięgiem operacyjnym. Tym niemniej chęć uzyskania „pancernika uniwersalnego” (okrętu zdolnego do wykonania niemal każdego zadania), poprzez zwiększenie jego prędkości maksymalnej z 21-23 węzłów do około 30 węzłów, wymusiła rezygnację z pierwotnie zakładanego uzbrojenia, składającego się z 12 armat kal. 406 mm (16” L/45 Mk-5) na rzecz 12 nowiutkich armat kal. 356 mm (14” L/50 Mk-11B). Bezpośredni wpływ na dobór głównego uzbrojenia miały też postanowienia II konferencji londyńskiej z grudnia 1935 roku.
Po wystąpieniu Japonii z układów rozbrojeniowych i uzyskaniu informacji od wywiadu o rozpoczęciu prac nad nowymi, wielkimi pancernikami (nie znano wówczas ich dokładnych danych), zaistniała możliwość skorzystania przez Stany Zjednoczone z klauzuli eskalacyjnej.
Pełna wersja artykułu w magazynie MSiO nr specjalny 3/2016