Duma Albionu w Gdyni

Sławomir J. Lipiecki
Przy nabrzeżu Stanów Zjednoczonych w Gdyni zacumował 5 września br. brytyjski niszczyciel rakietowy obrony powietrznej HMS Diamond (D34). Okręt należy do liczącego sześć jednostek typu 45 (Daring). Te bardzo nowoczesne okręty są obecnie kośćcem sił nawodnych Royal Navy i zarazem należą do najgroźniejszych niszczycieli na świecie.
Podczas pobytu w Gdyni, dowódca okrętu komandor Ben Keith wraz z delegacją złożył wizytę dowódcy 3. Flotylli Okrętów komandorowi Mirosławowi Jurkowlańcowi. Oprócz rozmów oficjalnych, Brytyjczycy zwiedzili Salę Tradycji, wpisali się do księgi pamiątkowej. Wizytę zakończyła wymiana marynarskich upominków. Komandor Ben Keith spotkał się również z Joanną Zielińską – przewodniczącą Rady Miasta Gdynia. Mimo iż HMS Diamond zawinął do polskiego portu wyłącznie z wizytą roboczą, przewodnicząca poprosiła, aby mieszkańcy miasta otrzymali możliwość zobaczenia okrętu z bliska. Dowódca wyraził zgodę i niszczyciel udostępniono do zwiedzania 7 września w godzinach przedpołudniowych. Uznano, że spacer po porcie mógłby być niebezpieczny (choćby z uwagi na trwające w okolicy przeładunki), dlatego pod bramę nr 2 podstawiono specjalne autobusy dowożące zainteresowanych pod sam okręt. Po uzupełnieniu zapasów, niszczyciel opuścił port w Gdyni w południe 8 września, udając się w dalszy rejs.
Niszczyciele obrony powietrznej
Brytyjski niszczyciel rakietowy HMS Diamond D34 (typ 45/Daring) został zwodowany 27 listopada 2007 roku. W brytyjskiej marynarce wojennej służy od maja 2011 roku. Okręt zaprojektowano głównie do zapewnienia kompleksowej obrony przeciwlotniczej. W tej roli okręty typu 45 miały zastąpić zupełnie już przestarzałe niszczyciele typu 42 (Shefflied), które służyły jeszcze podczas wojny o Falklandy – gdzie notabene nie spisały się zbyt dobrze. W konstrukcji okrętu HMS Diamond D34 zastosowano najnowsze rozwiązania w zakresie technologii „stealth”, które znacznie ograniczyły echo radiolokacyjne okrętu i jego emisję w podczerwieni. Jednostkę wykonano z tzw. ultrabloków i bloków. Podwodna część kadłuba zabezpieczona została przeciwko oddziaływaniu fali uderzeniowej, powstałej w wyniku pobliskich wybuchów głowic torpedowych i min. Wnętrze kadłuba podzielono grodziami na 12 głównych sekcji szczelnych (od „A” do „M”). Grodzie sekcyjne mają zwiększoną grubość poszycia, zapewniając także ochronę przeciwodłamkową. Dzięki napędowi turboelektrycznemu, jednostki tego typu dysponują sporym zasięgiem operacyjnym i jednocześnie olbrzymim zapasem energii elektrycznej, która przyda się w przyszłości, np. podczas instalacji broni energetycznej.
Niszczyciele typu 45 to całkiem spore jednostki jak na swoją klasę. Pierwotnie planowana wyporność normalna wynosząca 7500 ton urosła w trakcie budowy do 8500 ton (bojowa sięga 9400 ton). Tym samym są niemal dwukrotnie większe od swoich poprzedników, niezbyt udanych jednostek typu 42. Mimo dużych rozmiarów, okręty te są na ten moment wyraźnie niedozbrojone. W związku z brakiem rakietotorped, rakiet manewrujących i pocisków przeciwlotniczych dalekiego zasięgu (o przeciwbalistycznych nie wspominając), standardowo mogą zabrać w morze 16 pocisków Aster-30 i 32 pociski Aster-15, co nie jest wartością imponującą i to nie tylko na tle zagranicznych jednostek tej klasy (a w szczególności amerykańskich typu Arleigh Burke czy japońskich Kongō i Atago), ale również większości nowych fregat rakietowych, z hiszpańską Álvaro de Bazán na czele (standardowo 96 rakiet SM-2 i ESSM z możliwością wzbogacenia arsenału o pociski SM-3, SM-6 i RGM-109 Tomahawk). Według producenta, najnowszą wersję pocisków Aster-30 można już wykorzystywać do zwalczania pocisków balistycznych w ostatniej fazie ich lotu, aczkolwiek „niewielki” zasięg maksymalny tego uzbrojenia (wciąż 100-120 km, a to dystans znacznie mniejszy niż amerykańskiej SM-2 i to w podstawowej wersji) budzi pod tym względem uzasadnione wątpliwości (ryzyko związane z przyjętymi rozwiązaniami co do uzbrojenia oraz jego krytykę przedstawiono m.in. na łamach Naval War College Review w 2013 roku). Natomiast bezsporną zaletą wybranego zestawu rakiet jest ich stosunkowo atrakcyjna cena jak i – co najważniejsze – wyśmienita integracja z zastosowanymi na niszczycielach sensorami (a te są naprawdę udane – szczegółowo omówiłem je na łamach Nowej Techniki Wojskowej nr 7/2018).
Pełna wersja artykułu w magazynie MSiO 9-10/2018