EMP 44 – peem Wojny Totalnej

MICHAEL HEIDLER
Niemiecka broń palna z okresu II wojny światowej wciąż żywo interesuje wszystkich miłośników tematu, co nie znaczy, że już wszystko o niej wiadomo. Wciąż jeszcze znajduje się do tej pory nieznane – lub przez lata zapomniane – prototypy. Jednym z takich znalezisk jest Erma EMP 44
Berthold Geipel, właściciel Erfurter Maschinenfabrik (w skrócie Erma) już uciekł z Erfurtu, gdy 12 kwietnia 1945 roku weszły do niego wojska 3. Armii Pattona. Dzień wcześniej z miasta wyjechała karawana ciężarówek wiozących maszyny do produkcji broni i dokumentację konstrukcyjną, kierując się na południe, ku Bawarii i mitycznej Alpejskiej Twierdzy Hitlera. Tam wpadła w ręce Francuzów – i wszelki ślad po niej zaginął.
Co zostało, zabrali Amerykanie – a czym i oni pogardzili, trafiło do Rosji, gdy w lipcu w ramach wyrównywania granic stref okupacyjnych Amerykanie wycofali się za Łabę, robiąc miejsce Armii Czerwonej. Wśród tych amerykańskich znalezisk był dziwaczny pistolet maszynowy, wyglądający niemal jak domowa samoróbka z rur gazowych, konstrukcja godna raczej polskich powstańców, niż sztandarowego zakładu produkcyjnego III Rzeszy, gdzie powstał elegancki MP 40. Pokraka, ochrzczona EMP 44, jakby na urągowisko zgrabnym liniom EMP 35 (STRZAŁ 12/08), została przetestowana na poligonie Aberdeen Proving Ground w Maryland, ale poza okazjonalnym wzruszeniem ramion entuzjazmu nie wzbudziła. Po zrobieniu zdjęć powędrowała na stertę innej zdobyczy, uznanej za „nieperspektywiczną”. Amerykanów znacznie bardziej interesował inny produkt Ermy – karabin automatyczny na nabój pośredni, MP 44. A EMP 44? Zniknął na zakurzonych półkach magazynu na ponad pół wieku. Cud boski, że jakoś ocalał z kilkukrotnych rzezi niewiniątek, gdy w ramach polowania na oszczędności budżetowe pod palnik poszło wiele tysięcy sztuk unikatowej broni.
Skąd się wziął EMP 44?
Urodziwy to on faktycznie nie jest. Ale nie powstawał, by wygrywać konkursy piękności, lecz dać armii najtańszy i najprostszy pistolet maszynowy, broń Wojny Totalnej, ogłoszonej przez Goebbelsa w przemówieniu w berlińskim Sportpalast z lutego 1943 roku. Tej mowie przypisywano różne znaczenia, jednak tak naprawdę poświęcona była ona temu, że w gospodarce mimo lat wojny drzemały jeszcze rezerwy, które teraz miano w całości (totalnie) obrócić na produkcję sprzętu bojowego. Pod rządami wynowego, dynamicznego ministra przemysłu zbrojeniowego, Alberta Speera, ruszył szeroko zakrojony program uwalniania tych rezerw – głównie przez ścinanie zakrętów i obniżanie nieproduktywnej jakości wyrobów wzorem rosyjskim. To, co miało służyć jedynie kosmetyce, szło pod nóż hurtowo – liczyło się tylko to, co naprawdę wpływało na przydatność bojową broni. Niemcy bardzo dokładnie przeanalizowali pod tym kątem działania podejmowane przez Rosjan i wyciągnęli daleko idące wnioski. Zwłaszcza wprowadzony w styczniu 1941 roku pistolet maszynowy Szpagina PPSz-41 (STRZAŁ 6/03) dostarczył wielu bardzo pomocnych obserwacji. Dla Niemców, narodu rozmiłowanego w jakości produkcji przemysłowej, masowość wytwarzania broni w Rosji, jej technologiczność i czysto pragmatyczne podejście do wykończenia – już na etapie prac konstrukcyjnych! – były szokiem kulturowym. Ich MP 40 (STRZAŁ 9/05) był wprawdzie znacznie ładniejszą i może nawet obiektywnie lepszą bronią – ale powstawał w wyniku kilkunastu godzin pracy (to i tak znacznie lepszy wynik, niż jego poprzednika – MP 38), podczas gdy prymitywnie wyglądająca i byle jak wykończona pepesza powstawała w 7,3 roboczogodziny. Gdy w 1943 roku do uzbrojenia Armii Czerwonej wszedł PPS-42 Sudajewa, wkrótce zastąpiony jeszcze prostszym PPS-43 (STRZAŁ 10/06), pracochłonność peemu już nie tyle spadła na nowy poziom, co po prostu wybiła dziurę w podłodze: PPS-43 powstawał w ciągu 2,7 roboczogodziny!
Pełna wersja artykułu w magazynie Strzał 1/2015