Flush-deckers - amerykańskie niszczyciele - część 3

Flush-deckers - amerykańskie niszczyciele - część 3

Łukasz Pacholski


W MSiO 9/2010 i 6/2011 przedstawiliśmy pierwsze serie niszczycieli US Navy. Nadszedł czas na omówienie chyba najbardziej „kultowej” grupy okrętów tej klasy służących pod banderą „stars and stripes”.
Dołączenie Stanów Zjednoczonych do państw walczących w I wojnie światowej stało się powodem wdrożenia i realizacji gigantycznego programu rozbudowy floty. Poza dużymi jednostkami wojennymi, przemysł dostarczył US Navy także olbrzymią, dochodząca niemal do 300, liczbę niszczycieli typów – Caldwell, Wickes i Clemson, wspólnie zwanych „gładkopokładowcami” (ang. flush-deckers), lub „czterofajkowcami” (four pipers), jako że ich lwia część miała po 4 kominy. Bohaterowie niniejszego artykułu stali się przykładem co może osiągnąć potęga gospodarcza USA przestawiona na produkcję wojenną.
Ostatnią serią niszczycieli, którą zatwierdzono do budowy w ramach pokojowych planów rozbudowy floty na rok budżetowy 1915, był typ Sampson. Wcześniej, bo w 1912 r., w Radzie Głównej (General Board, ciele doradczym US Navy) toczyła się już dyskusja nad kolejnymi jednostkami tej klasy dla amerykańskiej floty. Zderzały się w niej dwie koncepcje – rozszerzenia możliwości defensywnych oraz ofensywnych. Zakładano zbliżający się konflikt światowy, w którym Stany Zjednoczone wzięłyby udział – w działaniach morskich miała uczestniczyć US Navy. Uważano że dotychczasowe uzbrojenie artyleryjskie jest niewystarczające, a poza tym powinno się wyposażyć niszczyciele w jak największą liczbę wyrzutni torpedowych. Zdawano sobie bowiem sprawę, że w czasie spotkania z flotą liniową wroga, niszczyciele będą miały maksymalnie jedną okazję do przeprowadzenia ataku z wykorzystaniem swojej głównej broni ofensywnej, jaką były torpedy ciężkie kal. 533 mm (jako pierwsze uzbrojono w nie właśnie Sampsony).
Debata ta była jedną z dwóch kluczowych dla dalszego rozwoju linii okrętów tej klasy w USA. Druga dotyczyła powrotu do budowy jednostek o wyporności normalnej (zwanej też konstrukcyjną) 750 ts – doświadczenia pokazywały, że mogą dysponować wówczas większym zasięgiem (choćby dzięki możliwości holowania), zaś ich mniejsze wymiary mogły skuteczniej ochronić je przed wcześniejszym wykryciem przez przeciwnika. Nie może więc dziwić fakt, że pierwsze plany niszczyciela roku budżetowego 1916, zapoczątkowane w listopadzie 1914 r., zakładały wyporność normalną 775 ts oraz uzbrojenie składające się z 3 armat kal. 76 mm oraz 9 wyrzutni torped (3 zespoły trójrurowe) umieszczonych w jednej linii na śródokręciu. Wedle przewidywań jednostki miałyby osiągać prędkość maksymalną 29,5 w. oraz mieć zasięg 2250 Mm przy prędkości stałej 20 w. Wśród największych lobbystów takiej konstrukcji był m.in. dowódca Floty Atlantyckiej, starający się wspierać w pracach projektantów stoczni Bath Iron Works.
Ostateczny głos miała jednak Rada Główna, którą popierali dowódcy flotylli niszczycieli oraz Kongres. Ta pierwsza była niechętna zmniejszeniu liczby wyrzutni torpedowych, nie wspominając o ograniczeniach w artylerii głównej. Amerykanie nie byli długo przekonani do wariantu umieszczenia wyrzutni torped w jednej linii – układ burtowy, w ich mniemaniu, pozwalał na zwiększenie siły ognia oraz oddanie dwóch silnych salw podwodnymi pociskami bez potrzeby przeładowania (co na niszczycielach i tak było niemal niemożliwością). Kolejnym elementem układanki w pojedynku wyporności był głos Kongresu – amerykańskie ciało ustawodawcze skutecznie torpedowało zabiegi US Navy o wygospodarowanie środków finansowych na budowę nowoczesnych krążowników, które miały spełniać zadania rozpoznawczo-patrolowe na rzecz floty liniowej. Prowizorycznym rozwiązaniem było wykorzystanie do tej roli dostępnych niszczycieli – wówczas atuty znajdowały się po stronie większych jednostek. Dysponowały większym zasięgiem (bez potrzeby holowania, mającej umożliwić oszczędności paliwa), a także możliwościami obserwacyjnymi. Pokazały to wyraźnie ćwiczenia Floty Atlantyku „Strategical Problem II” z 1914 r., które bardzo trafnie ocenił dowódca flotylli niszczycieli floty, wadm. W. S. Sims. W raporcie wskazał właśnie na ówczesne zadania okrętów – skoncentrowane na rozpoznaniu na rzecz floty liniowej, a także patrolach (w innych państwach opartych na krążownikach). Okazało się, że mniejsze jednostki pod koniec manewrów nie miały już zapasów paliwa, zaś większe dysponowały jeszcze jego rezerwami na poziomie 40 50%. W czasie ćwiczenia niszczyciele rozwijały prędkości 15 30 w. Co ważne, „Strategical Problem II” nie do końca odpowiadały prawdziwej sytuacji bojowej – flota „przeciwnika” operowała w pobliżu amerykańskich wybrzeży, a do tego jej pozycja była mniej więcej znana. Wśród zalet większych niszczycieli Sims wskazał także na inne czynniki taktyczno-techniczne: zasięg pokładowych radiostacji był dwukrotnie większy (wynosił ok. 300 Mm), a wyższe maszty pozwalały na obserwację wzrokową większej powierzchni akwenów.

Pełna wersja artykułu w magazynie MSiO5-6/2015

Wróć

Koszyk
Facebook
Tweety uytkownika @NTWojskowa Twitter