Fregaty dla bogatych – amerykański typ Constellation

Fregaty dla bogatych – amerykański typ Constellation

Sławomir J. Lipiecki

Budowane obecnie – w ramach programu FFG-62 (dawniej FFGX) – wielozadaniowe fregaty rakietowe typu Constellation są pierwszym poważnym krokiem US Navy w procesie tzw. wymiany pokoleniowej głównych jednostek nawodnych. Będą to najlepiej wyposażone statki w swojej klasie na świecie.

Wymagania i oczekiwania stawiane nowym fregatom są bardzo wysokie zarówno ze strony US Navy, jak i amerykańskich podatników, a to za sprawą kompletnej porażki, jaką okazały się jednostki klasy LCS obu typów. W budowę okrętów typu Constellation zaangażowane jest głównie włoskie przedsiębiorstwo stoczniowe Fincantieri przy walnym udziale amerykańskiej stoczni Huntington Ingalls Industries oraz Austal USA, General Dynamics i Lockheed Martin. Pierwsza seria (Flight I) obejmować będzie trzy okręty: USS Constellation (FFG-62), USS Congress (FFG-63) i USS Chesapeake (FFG-64). Przewiduje się, że wejdą do służby w latach 2026-2027.

Wybrane nazwy nie są przypadkowe – nawiązują do serii sześciu dużych, 44-działowych drewnianych fregat żaglowych, zbudowanych zgodnie z uchwaloną przez Kongres w 1794 r. ustawą morską. Były to: United States, Constellation, Constitution, Chesapeake, Congress i President. Co ciekawe, nazwę USS Congress nosiła także 52-działowa drewniana fregata Unii, zniszczona w starciu z konfederackim okrętem pancernym CSS Virginia w bitwie w zatoce Hampton Roads 8 marca 1862 r.

Zastąpić LCS

Amerykańskie jednostki klasy LCS (Littoral Combat Ship) w teorii miały zastąpić fregaty rakietowe typu O.H. Perry. Zaprojektowano je specjalnie do walki na wodach przybrzeżnych, dzieląc zamówienia na dwa odrębne typy: Freedom (LCS-1) oraz Independence (LCS-2). Wokół programu ich budowy narosło wiele negatywnych opinii, u podłoża których leżały zmiany geopolityczne, jakie zaszły jeszcze pod koniec XX w. Rozpad byłego ZSRR, a co za tym idzie – odwilż po okresie zimnej wojny, spowodowały znaczne odprężenie w stosunkach międzynarodowych. Ówczesnym politykom wydawało się, że oto rozpoczyna się epoka względnej stabilizacji i światowego pokoju. Z perspektywy Stanów Zjednoczonych oznaczało to znaczną redukcję wydatków na zbrojenia. Niejako „z marszu” skasowano ambitny program budowy uderzeniowych okrętów podwodnych z napędem nuklearnym typu Seawolf, a do rezerwy powędrowały duże jednostki nawodne z pancernikami typu Iowa i krążownikami o napędzie nuklearnym typu Virginia na czele. Ograniczono również liczebność stałych grup lotniskowcowych, a praktycznie wszystkie lotniskowce z napędem konwencjonalnym wycofano ze służby. Podobne cięcia dotknęły również US Air Force i US Army.

Symptom tzw. wiecznej szczęśliwości udzielił się zresztą również niemal wszystkim państwom w Europie. Wydawało się bowiem, że od tamtej pory jedynym zagrożeniem dla żeglugi na morzach i oceanach świata pozostaną piraci i przemytnicy oraz ewentualnie… stare miny czy niewybuchy, pamiętające jeszcze czasy II wojny światowej. Jak to zwykle bywa z tego typu skrajnymi poglądami, okazały się one jedną wielką utopią i zaklinaniem rzeczywistości. W istocie tego rodzaju polityka doprowadziła do stagnacji w rozwoju czołowych zachodnich potęg morskich. Dość szybko nadeszło jednak otrzeźwienie.

Pierwszym bodźcem do budowy nowej klasy okrętów był atak terrorystyczny z października 2000 r., kiedy to dwóch samobójców Al-Kaidy na łodzi motorowej (po brzegi wypełnionej materiałami wybuchowymi) zaatakowało stojący w porcie morskim Aden (Jemen) niszczyciel rakietowy USS Cole, zabijając 17 marynarzy i raniąc 39 innych. Eksplozja wyrwała w burcie okrętu dziurę o średnicy około 12 m (głównie w podwodnej części kadłuba). Atak ten określano później jako „11 września US Navy” (Navy’s September 11). Stanowiło to dowód prawdziwości prognoz o wzrastającym ryzyku tzw. ataków asymetrycznych, w których marynarka wojenna USA i innych państw, a także cywilne jednostki morskie mogą być atakowane przez różnego rodzaju grupy terrorystyczne, korzystające z prostych środków walki.

Dopiero jednak seria ataków terrorystycznych z 11 września 2001 r. wstrząsnęła światem. Nagle okazało się, że nawet największe mocarstwo w warunkach wrogich działań asymetrycznych nie jest w stanie zapewnić bezpieczeństwa swoim obywatelom na własnym terytorium. Pierwsze operacje odwetowe, które Amerykanie i ich sojusznicy przeprowadzili – na krótko po zamachach – przeciwko m.in. afgańskim talibom, uwidoczniły konieczność zmiany koncepcji działań w ramach operacji połączonych. Dotychczasowa doktryna, opracowana głównie z myślą o otwartych działaniach frontowych pod kątem wybuchu ewentualnej III wojny światowej, miała bowiem swoje liczne luki. W najmniejszym stopniu dotyczyło to sił morskich, aczkolwiek ogólna panika po zamachach oraz szeroko pojęte względy polityczne zrobiły swoje. W konsekwencji US Navy musiała ulec sporym przeobrażeniom. Co prawda zasadnicze siły morskie USA nadal zamierzano budować wokół lotniskowców, jednak postanowiono ograniczyć eskortę tych jednostek wyłącznie do krążowników, niszczycieli i uderzeniowych okrętów podwodnych z napędem nuklearnym, co mogło oznaczać koniec fregat rakietowych w US Navy. W ten sposób powstały nowe programy okrętowe CG(X) i DDG(X). Mieli to być następcy krążowników typu Ticonderoga oraz uzupełnienie dla niszczycieli typu Arleigh Burke o jednostki wsparcia artyleryjskiego (w miejsce pancerników typu Iowa).

Rosnące zagrożenia asymetryczne oraz astronomiczne koszty nowych projektów spowodowały, że program CG(X) zarzucono, a DDG(X) znacznie okrojono (ostatecznie do zaledwie trzech jednostek typu Zumwalt). Co więcej, w 2003 r. z pozostających jeszcze w służbie fregat rakietowych typu O.H. Perry zdemontowano wyrzutnie rakiet Mk 13, znacząco ograniczając ich przydatność jako okrętów eskortowych i de facto degradując je do roli jednostek ZOP i prowadzenia działań asymetrycznych (w tym także antypirackich) na wodach otwartych i przybrzeżnych. Ta swoista prowizorka miała nie tylko ograniczyć koszty eksploatacyjne fregat, ale również dać czas na zaprojektowanie ich ewentualnych następców. Poza tym stwierdzono, że fregaty te dysponują zbyt małą wypornością (ponad 4000 ts), aby mogły dalej spełniać swoją dotychczasową funkcję, co notabene było kolejnym zaklinaniem rzeczywistości – zarówno Australia, jak i Turcja pokazały aż nadto dobitnie, co można z tych okrętów „wycisnąć”, jeśli tylko przeprowadzi się odpowiednią przebudowę. Ostatecznie z projektu nowych fregat rakietowych zrezygnowano na rzecz jednostek absolutnie nietypowych i wymykających się wszelkim jednoznacznym klasyfikacjom – tzw. okrętów do działań przybrzeżnych klasy LCS (Littoral Combat Ship) o wyporności zaledwie ok. 3000 ts (co notabene znów stało w sprzeczności z argumentem przeciw przebudowie fregat typu O.H. Perry).

Pierwsza publiczna deklaracja zamiaru budowy okrętów do działań przybrzeżnych padła 1 października 2001 r. Zamierzano je przeznaczyć głównie do działań w rejonach przybrzeżnych, w tym do zwalczania zagrożeń asymetrycznych. Realizując te zadania, w zależności od potrzeb, miały mieć możliwość operowania samodzielnie lub w zespołach, działając w środowisku sieciocentrycznym. Aby sprostać takim wymaganiom, musiały być bardzo szybkie, mieć niewielkie zanurzenie oraz posiadać różne zestawy efektorów i systemów obserwacji technicznej – co więcej, stosunkowo łatwo wymienialne, a to za sprawą modułowości całej konstrukcji. Na przykład moduł zadaniowy wyposażenia przeciwminowego miał być wymieniany na wyposażenie przeznaczone do działań asymetrycznych z udziałem pododdziału sił specjalnych.

Pełna wersja artykułu w magazynie MSiO 3-4/2021

Wróć

Koszyk
Facebook
Tweety uytkownika @NTWojskowa Twitter