Gorzej maszerują, dobrze strzelają – rozmowa o Terytorialsach z generałem Wiesławem Kukułą

Od stycznia 2017 roku w ramach systemu militarnego RP formalnie funkcjonuje piąty rodzaj sił zbrojnych – Wojska Obrony Terytorialnej. Faktycznie działania zmierzające do powołania nowej formacji rozpoczęły się jeszcze wcześniej, dowódcy pierwszych brygad, jeszcze w ramach systemu podporządkowanego Inspektoratowi Wsparcia, swoje nominacje otrzymali w miesiącach letnich 2016 roku. Geneza obrony terytorialnej, cele i zadanie stawiane przed nowym rodzajem SZ, ale i pojedynczym żołnierzem Terytorialnej Służby Wojskowej, proces szkolenia czy system uzbrojenia – to są tematy rozmowy, którą przeprowadziliśmy z dowódcą WOT generałem brygady Wiesławem Kukułą.
Mariusz Cielma: W ostatnich dekadach w Polsce funkcjonowała obrona terytorialna, jednak jako potencjał rozwijany z zasobów rezerwistów, kiedy, zdaniem Pana Generała, w naszym kraju pojawiła się potrzeba utworzenia OT już w czasie pokoju?
Generał brygady Wiesław Kukuła: Wkroczyłem w etap funkcjonowania Wojsk Obrony Terytorialnej (WOT), gdy model był już w zasadzie zamknięty koncepcyjnie, miałem zatem na niego ograniczony wpływ. Dam zatem Czytelnikom perspektywę wynikającą niejako z moich osobistych doświadczeń, ale i mojej wizji rozwoju formacji, którą dowodzę, a także to jak WOT może wpisywać się w ewoluującą strategię obrony naszego kraju. Po odzyskaniu przez Polskę suwerenności w 1989 roku podejmowana była próba zbudowania formacji o podobnym charakterze, zakończyła się jednak całkowitą porażką i złożyło się na to wiele czynników. Studium tego przypadku stanowiło jedno z głównych źródeł wniosków. Obecnie realizowana koncepcja uwzględnia również inne źródła wniosków. Pierwszy na który warto spojrzeć to turbulencje w środowisku bezpieczeństwa występujące w naszym otoczeniu. Nie odwróciły one o 180 stopni istoty wcześniejszych zagrożeń, znacząco poszerzyły jednak ich spektrum. Do zagrożeń konwencjonalnych doszły bowiem zagrożenia podprogowe, z natury jeszcze bardziej skomplikowane. Żołnierze sił specjalnych, z których się wywodzę, definiują to jako konflikty tzw. szarej strefy. Celem prowadzonych w nich działań jest wieloaspektowe rozbicie wewnętrznej struktury i powiązań wewnątrz określonej populacji w celu późniejszego zagospodarowanie tego potencjału. Istnieje także coraz bardziej popularne pojęcie wojny hybrydowej, która w początkowym swoim etapie nie tyle dąży do rozbijania struktur społecznych co do ich polaryzowania w taki sposób by móc poprzez ukryte zaangażowanie to polaryzowanie przekształcić w wewnętrzne konflikty w tym zbrojne. W konsekwencji minimalizując własne zaangażowanie lub sprytnie je ukrywając osiągnięcie tych samych co otwartą walką efektów tyle, że przy znacznie niższych kosztach. Do obecnie występującej skali zagrożeń dołączył także kryzys emigracyjny, zapewne trudny do wpisania w sferę militarną, ale mocno rzutujący na problematykę bezpieczeństwa. Nałożenie się tych wszystkich czynników spowodowało, że rozpoczęto intensywne poszukiwania odpowiedzi na pytania, w jaki sposób poprawić zdolności sił zbrojnych by przygotować je na tego typu konflikty. Przeciwdziałanie konfliktom podprogowym jest bardzo złożone. Na potrzeby fazy walki zbrojnej mamy już jedno świetne narzędzie – są nimi Wojska Specjalne, ale to narzędzie o charakterze ofensywnym. Potrzebujemy skutecznego narzędzia defensywnego – dużych zasobów osobowych zapewniających rozproszoną obronę uniemożliwiającą powstawanie ognisk walki i ich późniejsze łączenie. Lokalnych sił natychmiastowej obrony, które w razie potrzeby relatywnie szybko wprowadzą w swoje – dobrze znane – rejony wojska operacyjne. Budowa takiego potencjału musi umożliwiać jego sfinansowanie a dodatkowymi zyskami mają być pozytywne współzależne interakcje z innymi kluczowymi elementami systemu obronnego państwa. Jednym z nich jest odbudowa potencjału rezerw osobowych, który uległ drastycznemu ograniczeniu z chwilą, kiedy zakończył się pobór i zawieszono zasadniczą służba wojskowa. Dla wprowadzonych przed laty zmian nie zbudowano niestety alternatywnych sposobów uzupełnień. Zawodowa armia, co do zasady, generuje niższe stany rezerw. Na dodatek, pomimo doświadczenia wnoszonego przez jej żołnierzy, wadą jest ich wiek oscylujący w górnym marginesie potrzeb. Innym ważnym wyznacznikiem projektu jest zagospodarowanie przyjętego potencjału nie tylko na potrzeby przeciwdziałania konfliktom poniżej progu wojny ale również zaangażowania go do wsparcia wojsk operacyjnych w również choć mniej prawdopodobnym konwencjonalnym starciu zbrojnym. Z pokorą muszę przyznać, że skala wyzwań związanych z projektowaniem formacji była olbrzymia ale jestem przekonany, że wdrożono optymalne rozwiązanie.
W obecnych założeniach Wojska Obrony Terytorialnej wydają się odpowiednio zbalansowaną odpowiedzią. Zyskujemy narzędzie odpowiedzi na nowe zagrożenia, zwiększamy liczebnie potencjał rezerw osobowych i co ważne nie tylko nie pustoszmy budżetu państwa ale pobudzamy gospodarkę poprzez zamówienia realizowane w polskim przemyśle obronnym. Bazując na amerykańskich i skandynawskich analizach wiemy, jak kształtują się koszty tego typu formacji. To rozwiązanie jest istotnie tańsze niż inne rodzaje sił zbrojnych. Maksymalizujemy tutaj zyski z terytorialności żołnierzy przygotowywanych do walki w dobrze sobie znanym środowisku, pośród dobrze znanej populacji, działających w swoich gminach, powiatach, czy województwach. Godzących życie rodzinne i pracę ze służbą wojskową.
Przy tworzeniu WOT wykorzystujemy doświadczenie z wojsk specjalnych, także z procesu powołania ich jako samodzielnego rodzaju sił zbrojnych. Integrującą ponad 10 lat temu jednostki specjalne a także powołując do życia nowe zagospodarowaliśmy niemal 1,5 tysiąca żołnierzy z innych RSZ. Wówczas również mocno atakowano koncepcję budowę tego rodzaju sił zbrojnych. Dziś trudno wyobrazić sobie Wojsko Polskie bez Wojsk Specjalnych, zapewniam Pana, że za kilka lat podobnie będzie z Wojskami Obrony Terytorialnej. Bardzo często ten argument podnoszą również nasi towarzysze broni z USA, Szwecji czy państw bałtyckich.
Nie zauważa Pan, że obecnie te mury wobec Wojsk Obrony Terytorialnej są wyższe niż dziesięć lat temu?
Rzeczywiście są wyższe, wówczas projekt nie był postrzegany aż tak dalece przez pryzmat walki politycznej. O ile mocno kwestionowano samą ideę budowy Wojsk Specjalnych jako rodzaju sił zbrojnych to nie podważano założeń operacyjnych i taktycznych użycia formacji. Dzisiaj budowa WOT ma bardzo innowacyjny charakter. Odrzucenie założenia, iż formacja będzie stanowić gorzej wyposażoną kopię wojsk lądowych wciąż spotyka się z krytyką nawet w Siłach Zbrojnych. Inna kwestią jest zwyczajnie tzw. konkurowanie o zasoby. Zarzucano nam przykładowo, że żołnierze zawodowi są zmuszani do przejścia do WOT. Prosiliśmy dziennikarzy, o podanie choć jednego przykładu - zapewniłem na piśmie, że żadne konsekwencje wobec takiego żołnierza się nie pojawią. Nie znaleziono żadnego. Chcę to podkreślić, bo służba w WOT jest świadomym wyborem. Nasi żołnierze zawodowi podają dwa zasadnicze aspekty motywujące do zmiany rodzaju sił zbrojnych. Pierwszy to zyski z terytorialności, z faktu, że mogą wrócić do miejsc rodzinnych. Druga duża grupa naszych ludzi jako przyczyny przejścia podaje naszą kulturę organizacyjną. Dostrzegają oni sposób w jaki dowodzimy formacją, oddając władzę i kompetencje taktyczne dowódcom na niższych szczeblach czynimy ich „ojcami formacji” i to jest bardzo pozytywnie odbierane. Za trzeci aspekt możemy uznać ewentualne awanse na wyższe stanowiska – statystycznie taki awans otrzymuj co szósty żołnierz, który decyduje się na służbę w WOT.
Pełna wersja artykułu w magazynie NTW 7/2017