HK416: ArmaLite Hecklera & Kocha
Leszek Erenfeicht
HK416: ArmaLite Hecklera & Kocha
Historia HK M4, znanego dziś jako HK416 jest przykładem sytuacji, gdy oszałamiający sukces odnoszony jest przypadkiem, czy wręcz wbrew zamierzeniom producenta. Heckler & Koch chciał bowiem podbić Amerykę zupełnie czym innym – amerykańską odmianą swego polimerowego karabinu wojskowego Bundeswehry G36, karabinem XM8.

XM8 jednak, jak każda rzeczywista nowość, napotkał bardzo silną opozycję. Wojsko jest bowiem – wbrew pozorom nieustannej pogoni za innowacjami – środowiskiem bardzo konserwatywnym, a w wydaniu amerykańskim dodatkowo skrajnie ksenofobicznym, jeśli chodzi o pochodzenie proponowanej im broni. Tysiące stron napisano już o słynnym czynniku „NIH” czyli Not Invented Here, a każde (rzadkie) odstępstwo od reguły wzbraniającej obcej broni wstępu do amerykańskiej armii staje się z miejsca argumentem za tym skrupulatniejszym trzymaniem się go na przyszłość. Problem w tym, że ten pogląd miał sens w czasach, gdy amerykańskie wojsko było od stóp do głów uzbrojone przez Browninga i Garanda. Potem, w latach 70., nowe pokolenie katastrofalnie nieudanej amerykańskiej broni automatycznej (czołgowe karabiny maszynowe M73/ M273, wukaem M85, do pewnego stopnia M60 – ale ten nie do końca z własnej winy, czego dowodzą dzisiejsze sukcesy M60E4/Mark 43) zdezawuowało tę mocarstwową autarkię do końca. Dziś w armii amerykańskiej praktycznie nie ma już czysto rodzimej liniowej broni strzeleckiej, poza starzejącymi się karabinami M16A2 i karabinkiem M4 produkcji Colta. Bardzo powoli przebija się do świadomości umundurowanych decydentów, że główne zalety M4, czyli lufa krótsza o 15 cm w porównaniu do M16A2, przy zachowaniu zgodności 80% części, stanowią jednocześnie przyczynę jego głównych wad. I nie chodzi o celność, donośność strzału, czy wszelkie inne pojęcia z zakresu balistyki zewnętrznej: głównym problemem jest to, co się dzieje wewnątrz.
W oryginalnym układzie mechanicznym AR-15 gazy uruchamiające automatykę broni były (i są do dziś) doprowadzane rurą gazową bezpośrednio do suwadła. W drodze eksperymentów Stonerowi udało się tak dobrać długość rury gazowej, by zrównoważyć układ, pozwolić gazom po drodze nieco ostygnąć i dojść do suwadła już po opuszczeniu lufy przez pocisk, przez co zmniejszało się ich ciśnienie. Przestudzone gazy niosły niewiele zanieczyszczeń stałych, o co zadbano dobierając odpowiedni gatunek prochu. Dopóki projektem AR-15 zajmowała się firma Armalite, był to naprawdę karabin marzeń – lekki, składny, czysty i niezawodny. Problemy zaczęły się odkąd projekt sprzedano Coltowi, a dokładniej odkąd jego dalszym rozwojem zajęło się wojsko. Drogi – za to czysty – nowatorski proch zmieniono na tańszy, bardziej dostępny i znany od lat – za to dający znacznie więcej nagaru. Mechanizm, dotąd samooczyszczający się, nagle zaczął zarastać zestalającym się w powłokę o twardości betonu nagarem – a wybrał sobie do tego najmniej odpowiednią porę: środek wojny w Wietnamie. Trzeba przyznać, że odkąd US Army po początkowym okresie tradycyjnego zwalania odpowiedzialności na brak dbałości żołnierzy o broń, dostrzegła wreszcie istnienie prawdziwego problemu, szybko się z nim uporała, wprowadzając nowe procedury czyszczenia i zmieniając proch po raz kolejny. M16A1 znów na jakiś czas stał się w miarę użytecznym karabinem wojskowym. Problem w tym, że amerykańskie wojsko od zakończenia wojny wietnamskiej, na 30 lat stało się siłą garnizonowo-defiladową, jeśli nie liczyć nieznaczących, o czasie trwania walk liczonym w godzinach epizodów: Grenady, Panamy, I wojny w Zatoce w 1991 roku (której faza działań lądowych trwała zaledwie 100 godzin) i Somalii. To było za krótko i za mało, by w pełni obnażyć niedostatki używanego sprzętu, a zwłaszcza wprowadzonego na bardzo szeroką skalę karabinka M4, który miał docelowo w ogóle zastąpić karabin M16 – okazało się jednak, że te 30 lat to dość, by zapomnieć doświadczeń nabytych na poprzedniej wojnie. Od 11 września 2001 roku, od ofensywy przeciw talibom, a dwa lata później inwazji na Irak, ta pokojowa armia musiała bez przerwy egzystować w warunkach, od których dawno odwykła – wojny piechoty, toczonej karabinem, który po służbie nie wracał już do magazynu, ale towarzyszył żołnierzowi wszędzie w codziennym życiu toczącym się w jednych z najcięższych warunków do funkcjonowania techniki na całej planecie. Za tą zmianą nie nadążyła niestety zmiana świadomości dowódców, którzy znów wszystkie zacięcia broni zwalali na niedostatki obsługi, ignorując zasadniczą zmianę warunków jej funkcjonowania – zarówno lokalnych, jak i skali intensywności, o której wcześniej nikomu się nawet nie śniło.