13 grudnia 1981 z dalszej i coraz bliższej perspektywy

13 grudnia 1981 z dalszej i coraz bliższej perspektywy

Witold Żeglarz

 

Co nam zostaje w pamięci, a co znika po latach spędzonych na pokładach statków? Jak się okazuje, nie ma we wspomnieniach ani sztormów, ani „walki z żywiołem”, a nawet uczuć, jakie budzi widok pustego horyzontu. Silniej wryły się za to zdarzenia, które można określić jako przekaraczanie barier – rzucenie cum wywołuje poczucie winy za pozostawienie bliskich w jakimś kłopocie, u celu podróży jest zderzenie z kontrastami Indii, a przekroczenie „żelaznej kurtyny” w drodze do domu wywołuje rozterki w rodzaju „wracać, czy nie wracać”. Mimo wszystko, a może właśnie dlatego jest to opowieść o morzu.

Początek 1981 roku obfitował w wiele miłych i niemiłych zdarzeń. W PLO, gdzie wówczas pracowałem, podobnie jak w innych przedsiębiorstwach, prowadzono rejestrację na kartki zaopatrzenia. W auli gdyńskiej Wyższej Szkoły Morskiej odbyło się pierwsze zebranie delegatów Związku Zawodowego Solidarność Pracowników PLO. Zmienił się sposób naliczania dni wolnych na bardziej korzystny dla marynarzy. Nastąpiły zmiany personalne w dziale okrętowania, a z tym związane były różne opowieści, kto i dlaczego musiał odejść... A poza tym, rozważało się, wejdą, czy nie wejdą? Ja zastanawiałem się, kto jeszcze miałby wejść oprócz tych, co weszli w 1944 roku? Mimo tej atmosfery należało okrętować i wykonywać swój zawód, pozostawiając kraj za rufą statku.

Po odbyciu długiej dejmanki, podczas której pracowałem w biurze przy tworzącym się systemie kartkowym, zaokrętowałem wreszcie na m/s Konin zacumowany w Gdańskiej Stoczni Remontowej. To był dobry statek dla młodego elektromontera okrętowego z aspiracjami. Pięć ładowni, w czwartej komory chłodnicze, osiemnaście bomów ładunkowych wraz z wciągarkami, windami do wodzenia bomów ładunkowych, a także bom do ładunków ciężkich. Statek wyszedł ze stoczni, w Nowym Porcie wziął część ładunku i ruszył w świat, dobierając fracht w Hamburgu a następnie w Antwerpii. Jego przeznaczeniem były porty wschodniego wybrzeża Indii, a także Bangladesz.

Marynarz to ma życie...

Pozostawiłem za sobą kilka nie do końca rozwiązanych spraw rodzinnych. Trzeba tu przypomnieć młodszym Czytelnikom, że większość ówczesnych młodych małżeństw czekała na własne mieszkanie w spółdzielniach budownictwa mieszkaniowego. W zależności od regionu czekało się dłużej lub krócej, ale w naszym przypadku mieszkanie otrzymaliśmy dopiero po 16 latach członkostwa w jednej ze spółdzielni w Gdyni.

Moim problemem w tamtym czasie był więc brak własnego lokum, a mając ambicję uniezależnienia się od rodziców, wynajęliśmy coś w rodzaju mieszkania, gdzie zostawiałem młodą żonę i niespełna czteroletniego synka. Zapłaciliśmy za pół roku z góry i zostaliśmy bez oszczędności. Makabra. Wypływałem więc z poczuciem winy i chyba niewiele wówczas myślałem o skomplikowanej sytuacji w Polsce.

W Antwerpii okazało się, że wciągarka bomu ciężkiego wymaga dodatkowej naprawy i w ten sposób utknęliśmy w Belgii na około dwa tygodnie. Takie postoczniowe wpadki stale zdarzają się na całym świecie – mogę to stwierdzić na podstawie ponad trzydziestoletniego już dzisiaj doświadczenia. Po każdym remoncie stoczniowym znajdzie się co najmniej jedno urządzenie, które po przeglądzie zmontowano według zasady „wbita śruba trzyma lepiej niż wkręcony gwóźdź”.

Ponieważ postój był długi, nasze dowództwo zorganizowało nam wycieczkę do Brukseli, do Muzeum Konga Belgijskiego, a także pod Waterloo. Szanujące się firmy armatorskie posiadały i posiadają fundusze na cele rekreacyjne i tak też było w PLO. Wynika z tego, że ówczesne PLO należało do tych szanujących się armatorów i nie odbiegało od światowego standardu. Oczywiście, poziomu zarobków z szanującymi się firmami nie możemy porównywać, bo przecież gospodarka naszego kraju rządziła się wtedy innymi prawami...

Było lato i czas po pracy upływał urozmaicony. Pamiętam, że rozegraliśmy wówczas mecz piłki nożnej przeciwko drużynie fińskich marynarzy. Impreza odbyła się na zadbanym boisku ośrodka Skandynawskich Związków Marynarzy. Mimo to, postój się dłużył. Każdy z nas wolał, żeby podróż przebiegała bez zakłóceń, bo tylko w ten sposób statek mógł powrócić do kraju w przewidzianym czasie. Przecież każdemu zależało, by powrócić do bliskich możliwie jak najszybciej...

Pełna wersja artykułu w magazynie MSiO 11-12/2015

Wróć

Koszyk
Facebook
Tweety uytkownika @NTWojskowa Twitter