Karabin samopowtarzalny wz.38M


LESZEK ERENFEICHT


 

 

 

 

Karabin samopowtarzalny wz.38M:

 

 

zaginiony klasyk powraca

 

 

 

Przez lata był jedynie legendą, znaną z nielicznych zdjęć; potem w kraju pojawił się jeden, niebawem w aurze skandalu przybędzie drugi – a tu jeszcze wielkopolski rusznikarz rozpoczął produkcję jego replik. Rok 2014 zapowiada się w Polsce na rok Maroszka!

 

 

Niepewność co do istnienia zachowanych egzemplarzy skończyła się na przełomie lat 1974/1975, gdy do Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie nadszedł list od amerykańskiego kolekcjonera broni Roberta Farrisa, ze zdjęciami karabinu z numerem 1048 z jego zbiorów i prośbą o identyfikację. Niezwykle popularny w środowisku amerykańskich kolekcjonerów i strzelców śp. „Uncle Bob”, którego miałem zaszczyt osobiście poznać w roku 2000, kupił ten karabin w latach 50. od amerykańskiego weterana. Tamten przywiózł go z Europy w przekonaniu, że to broń czeska. O takiej proweniencji miał świadczyć napis „Zbr.2” na komorze zamkowej (rozszyfrowywany przez Amerykanów jako „Zbrojovka 2”) i cechy „Z w okręgu” przypominające znaki czechosłowackiej fabryki amunicji należącej do koncernu Česka Zbrojovka (w rzeczywistości cecha odbiorcza Zbrojowni Nr.2). Jednak żadne źródła, w tym zwłaszcza wydana w roku 1971 książka Miroslava Šády Československé ruční palné zbraně a kulomety nie potwierdzały istnienia takiego karabinu w Czechosłowacji. Dopiero na początku lat 70., studiując należący do innego amerykańskiego kolekcjonera egzemplarz polskiego kb ppanc wz.35 (których kilkanaście trafiło do Ameryki w latach 50. z Finlandii, sprzedawane przez ogłoszenia w American Rifleman po całe 109 USD jako...Varmint Rifle!), Farris znalazł na nim identyczne cechy i zaczął podejrzewać, że w takim razie jego „czeski” karabin może jednak pochodzić z Polski. Żeby się upewnić, napisał do muzeum.

Przez wiele lat był to oficjalnie jedyny znany na świecie egzemplarz, choć niedługo po liście Farrisa okazało się, że istnieje jeszcze jeden, znacznie bliżej. W drugiej połowie lat 70. wicedyrektor Muzeum Wojska Polskiego Aleksander Czerwiński odkrył drugiego Maroszka w magazynie Centralnego Muzeum Sił Zbrojnych ZSRR w Moskwie – ale został zobowiązany do zachowania tego faktu w tajemnicy. Tajemnicy dochował, lecz o karabinie nie zapomniał i wytrwale przez kilkanaście lat drążył skałę, by ostatecznie rzutem na taśmę, tuż przed wolnymi wyborami i upadkiem komunizmu w Polsce pozyskać go w 1989 roku w drodze wymiany za krasnoarmiejskie zabytki. Z tego samego muzeum pochodził przekazany w roku 1983 Mors, ale oddania innych zdobycznych zabytków polskiej techniki wojskowej (np. lotniczego „Szczeniaka” wz.37, ckm Browninga z kontraktu tureckiego, 75 mm armaty przeciwlotniczej wz.34St, przyrządu centralnego baterii przeciwlotniczej) odmówiono, motywując to tym, że są to jedyne egzemplarze w zbiorach. Co do Morsów to wiadomo, że były w ZSRR co najmniej trzy – a to sugerowałoby, że może i Maroszek też jeszcze jakiś tam jest, ale mimo upływu ćwierci wieku od przekazania karabinu nr 1027 wciąż brak na to dowodów, a pytania kierowane do rosyjskich muzeów zwyczajowo pozostają bez odpowiedzi.

Powoli zaczęły się objawiać następne egzemplarze. Do tej pory jest ich na świecie znanych ponad wszelką wątpliwość (bo potwierdzonych fotograficznie) jedynie pięć, z numerami seryjnymi 1014 (w kolekcji prywatnej w Niemczech), 1019 (w kolekcji prywatnej w USA – a wkrótce w Polsce), 1027 (Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie), oraz 1030 i 1048 (oba w kolekcjach prywatnych w USA). Wspomina się także o istnieniu dwóch kolejnych, z numerami seryjnymi 1017 (w Niemczech) i 1054 (w Ameryce), lecz na chwilę obecną, podobnie jak w przypadku ewentualnego drugiego egzemplarza rosyjskiego, brak niezbitych dowodów na ich istnienie.

 

Awantura o 1019
Na przełomie lat 2013/2014 miało dojść do przekazania do Polski kolejnego egzemplarza karabinu wz.38M, z numerem seryjnym 1019, będącego od 1993 roku w posiadaniu innego amerykańskiego kolekcjonera, tym razem Polonusa, Krzysztofa Gąsiora (Christopher Gasior), właściciela znanego sklepu z bronią kolekcjonerską www.collectiblefirearms. com. Sprawa zaczęła się pod koniec lutego 2013 roku, gdy ów karabin pojawił się w ofercie sklepu, wyceniony na niebagatelne 65 000 USD. Suma była na tyle wygórowana (poprzedni amerykański Maroszek zmienił ręce kilka lat temu za mniej niż połowę tej ceny), że niestety podsunęła niedowarzony pomysł „wrogiego przejęcia”. Kto z nim wyszedł jeszcze się zapewne długo nie dowiemy, bo porażka jest jak zwykle sierotą. W każdym razie, jak wynikało z dyskretnego rozpytania dokonanego jeszcze zanim – jak to malowniczo ujmują Amerykanie – „łajno trafiło w wentylator”, to ktoś z amerykańskiego Departamentu Stanu podsunął naszym dyplomatom pomysł, by spróbować rewindykować ten karabin jako własność państwa polskiego. W dodatku okazało się, że karabin mógł być wwieziony do Ameryki nielegalnie, gdyż w archiwach nie było śladu po wojskowym certyfikacie broni zdobycznej. Zresztą w ogóle skąd się wzięły wszystkie pozostałe amerykańskie Maroszki, nie wiadomo. Co najmniej jeden ma nieoryginalną kolbę, co wskazuje że ją zapewne obcięto, by nie wystawała z wojskowego worka z rzeczami. Pomysł był od początku postrzelony i szanse na realizację były nikłe, bo brak certyfikatu nie jest żadną przeszkodą – sami Amerykanie przyznają, że tylko co trzeci egzemplarz broni wówczas przywieziony przez GIs miał taki dokument wystawiony i w niczym nie zmienia to faktu, że o ile nie podlegają ustawie NFA (to znaczy nie są maszynowe, wytłumione, a lufa broni długiej przekracza 16 cali) to są one legalnie obecne w obrocie bez żadnych formalności. No ale na przełomie lutego i marca komuś wydawało się, że to może być obiecujący pomysł, więc Polska wystąpiła do Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego (DHS) Stanów Zjednoczonych o pomoc prawną w odzyskaniu broni. 8 marca do drzwi Gąsiora zapukało czterech agentów DHS w kamizelkach kuloodpornych i zażądało wydania karabinu. W ciągu następnych kilku miesięcy trwała przepychanka o karabin, która w czerwcu skończyła się umorzeniem postępowania przez DHS i przekazaniem jej do rozstrzygnięcia przed sądem federalnym. Tam sędzia zaapelował o rozstrzygnięcie sporu poza salą rozpraw i po kolejnych paru miesiącach negocjacji doszło do ugody: karabin trafi do powstającego Muzeum Historii Polski, do czasu powstania siedziby którego będzie przechowany w Muzeum Powstania Warszawskiego, a pan Gąsior otrzyma 25 000 dolarów i dyplom za wkład w ratowanie zabytków polskiej techniki wojskowej. I nie można tak było od początku, panowie?

 

Pełna wersja artykułu w magazynie Strzał 1-2/2014

Wróć

Koszyk
Facebook
Twitter