Karabin G.43

 


Leszek Erenfeicht


 

 

 

Z niewielką pomocą (nie)przyjaciół
 
 Karabin G.43


 


Ani niemiecka doktryna, ani praktyka wojskowa nie przewidywała przed wybuchem II wojny światowej użycia karabinu samopowtarzalnego, więc wojsko nie zamawiało takiej broni od producentów. Ci zaś woleli nie ryzykować rozwijania niesprzedawalnego rodzaju uzbrojenia – zwłaszcza, że z trudem byli w stanie pokryć popyt na swe pozostałe produkty. Dopiero po wybuchu wojny coś się w tym zakresie zmieniło.
 
 
 

 
Brak zamówienia nie wynikał, o dziwo, z braku doświadczenia zarówno w użytkowaniu, jak i konstruowaniu karabinów samopowtarzalnych. Wręcz przeciwnie – Niemcy należeli wraz z Francuzami do prekursorów tej klasy broni strzeleckiej. W ciągu 11 lat, od roku 1898 do 1909 wojsko przebadało i odrzuciło aż 17 modeli karabinów samopowtarzalnych konstrukcji Mausera z Oberndorfu, ryglowanych rozchylnymi ryglami w tylnej lub przedniej części zamka i uruchamianych odrzutem – lufy lub całej broni. To nie Mauser upierał się przy tej zasadzie  działania, tylko rządząca sprawami uzbrojenia armii Gewehrprüfungskommission, (Komisja Badawcza Broni Strzeleckiej, GPK). Komisja nie wierzyła w zalety mechanizmów uruchamianych przez pobranie gazów, wieszcząc straszliwe następstwa wywiercenia otworu w lufie broni. Obawiano się znacznego obniżenia wartości balistycznych wyrzucanego pocisku, erozji powiększającej otwór i w jej wyniku stałego powiększania strat energii gazów. To, że Browning w Ameryce i von Odkolek w Austrii zbudowali udane karabiny – i to nie samopowtarzalne, lecz maszynowe, w których ewentualne procesy tego typu powinny przebiegać jeszcze intensywniej – działające na zasadzie odprowadzenia gazów, niemieckich wojskowych nie przekonało. Przesąd wzbraniający wiercenia otworów w lufie wojskowej broni okazał się w Niemczech bardzo długowieczny – pierwsze krajowe konstrukcje z pobraniem gazów weszły do uzbrojenia dopiero w latach 40., gdy już cały świat przekonał się o ich zaletach.

Mission: Impossible
Niemcy używali w czasie I wojny światowej dwóch typów karabinów samopowtarzalnych, uruchamianego gazami pobieranymi przez boczny otwór w lufie Mondragona i mauserowskiego Fliegerselbstladekarabinera 16. Oba stanowiły... broń pokładową wczesnego lotnictwa wojskowego, skąd wyparły je karabiny maszynowe. Doświadczenia z Mondragonem zdawały się potwierdzać przesądy GPK – ale Mauser działający na zasadzie odrzutu całej broni z ryglowaniem rozchylnymi ryglami wcale nie działał lepiej. Oba trafiły do samolotów, bo w powietrzu nie było tyle pyłu, co w okopach, gdzie oba karabiny po prostu w ogóle nie działały. W latach 20. kadłubowa Reichswehra prowadziła potajemnie prace nad karabinami Hunneshagena, uruchamianymi gazami pobieranymi z wylotu lufy – ale z tłokiem wyrzucanym do przodu, który cięgłem obracał dwuramienną dźwignię, odwracającą kierunek działania układu gazowego i odpychającą w tył suwadło. Potem Mauser zaproponował karabin G35 Ernsta Altenburgera z zamkiem ryglowanym obrotowo – kolejny uruchamiany odrzutem całej broni, a Walther model A115 – nowatorską konstrukcję wykonaną, z szerokim użyciem części głęboko tłoczonych, ryglowany także przez obrót zamka. Urząd Uzbrojenia Wojsk Lądowych (Heereswaffenamt, HWA) odrzucił A115 od razu z uwagi na obecność otworów gazowych, odprowadzających gazy na pierścieniowy tłok otaczający lufę, a G35 po testach w jednostkach, do których Mauser wyprodukował partię 500 sztuk. W latach 30. żaden z proponowanych około tuzina karabinów samopowtarzalnych nie zyskał przychylności Wehrmachtu. Wreszcie zrobił się rok 1938, wybuch wojny w niedalekiej przyszłości nie ulegał wątpliwości, a wojsko nadal nie miało karabinu samopowtarzalnego – więc było równie pewne, że na tę nową wojnę jego żołnierze pójdą uzbrojeni w ten sam karabin Mausera systemu 98, z którym poprzednią przegrali ich ojcowie...

Wojna rozpoczęła się we wrześniu 1939 roku, ale dopiero po pokonaniu Francji HWA zaprosił Mausera, Walthera, Rheinmetall i Krieghoffa do przedstawienia prototypów nowych karabinów samopowtarzalnych. Wymagania techniczne pozostały te same co przez całe lata 30.: nabój karabinowy pełnej mocy i to z pociskiem sS, o zwiększonym zasięgu (a więc i ciśnieniu), żadnych otworów w lufie poza przewodem, żadnych elementów poruszających się przy strzelaniu na zewnątrz broni, a jeśli mechanizm automatycznego przeładowania zawiedzie, żołnierz musi mieć możliwość ręcznego przeładowywania broni – ale nie byle jak, tylko „w sposób identyczny z K.98k”. Rheinmetall i Krieghoff grzecznie podziękowały za zaszczyt udziału w konkursie, zostawiając ring wolny dla Mausera i Walthera. Nie wiemy z braku dokumentów, jak wyglądały dalsze ustalenia, ale trzeba zauważyć, że w obu prototypach zastosowano niemal identyczne rozwiązanie mechanizmu gazowego, korzystające z waltherowskiego tłoka pierścieniowego ożenionego z dyszą wylotową pomysłu duńskiego konstruktora Sorena Banga. Gazy wylatujące z lufy za pociskiem uchodziły do nakręconej na wylot lufy stożkowej nasadki i gdy pocisk zatkał wylot, były zawracane przez boczne kanały dyszy i kierowane na tłok. Tłok pod naporem gazów cofał się ok. 40 mm, póki nie odsłonił otworów upustowych w komorze gazowej, a pocisk nie wyleciał z urządzenia wylotowego, otwierając gazom drugą drogę ucieczki. Tu podobieństwa się kończyły. Karabin Mausera miał zamek Altenburgera, ryglowany przez obrót trzonu, zaś prototyp Walthera – zupełnie nowy zamek z ryglami rozchylnymi w przedniej części trzonu, podobny do układu Friberga-Kjellmana.


Pełna wersja artykułu w magazynie Strzał 6/2009

Wróć

Koszyk
Facebook
Tweety uytkownika @NTWojskowa Twitter