Lotniskowiec z lodu i trocin – HMS Habbakuk

Roman Tyrakowski
W czasie II wojny światowej w umysłach przeróżnych wizjonerów wylęgały się najrozmaitsze pomysły, mające wzmocnić rodzimą machinę wojenną bądź też utrudniać życie przeciwnikowi. Pod względem rozmachu żaden jednak nie mógł się równać z szaloną na pozór koncepcją przedstawioną w 1942 r. przez Geoffreya Nathaniela Pyke’a.
W czasie, o którym tu mowa, sprawą spędzającą sen z powiek brytyjskiej Admiralicji była dramatyczna sytuacja na Atlantyku i temu właśnie zagadnieniu poświęcano najwięcej uwagi. Jak wiadomo, gospodarka wyspiarskiego państwa, jakim było Zjednoczone Królestwo, całkowicie zależała od importu surowców i żywności, a tymczasem już od początku wojny na skutek działalności niemieckich U-Bootów miesiąc w miesiąc tracono dziesiątki statków wraz z przewożonymi przez nie towarami. Szczególnie tragiczny okazał się 1942 r., kiedy to „wilcze stada” potrafiły miesięcznie posyłać na dno statki o łącznym tonażu dochodzącym nawet do 600 000-700 000 BRT. Praktycznie żaden konwój przemierzający w tym czasie Atlantyk nie dopływał do portu docelowego w całości i istniała całkiem realna groźba, że gospodarka brytyjska w końcu się załamie, a Niemcy wygrają tę wojnę.
Geneza pomysłu
Działo się tak pomimo zaangażowania do ochrony tychże konwojów wszelkich dostępnych środków – okrętów Royal Navy, samolotów RAF Coastal Command, a także pracy kryptologów i wywiadu. Co prawda, mając możliwość rozszyfrowywania znacznej części meldunków wysyłanych przez U-Booty, Brytyjczycy często potrafili uniknąć czyhających na konwoje „wilczych stad”, jednakże Niemcy dosyć szybko udoskonalili swoją taktykę. Zaczęli czatować na przypuszczalnych trasach konwojów w rozproszonej tyralierze, a okręt podwodny, który wykrył konwój, nie atakował go, lecz obserwując, naprowadzał nań pozostałe jednostki. Te z kolei starały się wyprzedzić ówże konwój (płynęły wówczas na powierzchni), po czym zajmowały pozycję dla przeprowadzenia skoordynowanego ataku. Eskorta niewiele mogła tu zdziałać, Niemcy doskonale bowiem opanowali taktykę odciągania jednostek ochrony i posyłania na dno powolnych i zupełnie bezbronnych wówczas statków transportowych. W obliczu powtarzających się ciągle podobnych akcji najlepszym środkiem przeciwdziałania okazało się lotnictwo, zdolne nie tylko do wczesnego wykrycia czyhającego niebezpieczeństwa, ale także i do skutecznego jego wyeliminowania.
Niestety takiego „parasola powietrznego” nie można było zapewnić na całej trasie konwojów atlantyckich. Samoloty startujące z baz lądowych w Irlandii, Nowej Fundlandii czy Islandii miały bowiem ograniczony zasięg, a lotniskowców liniowych i eskortowych było w tym czasie bardzo mało, poza tym te pierwsze uznawano za zbyt cenne, aby narażać je na ataki ze strony U-Bootów. W rezultacie olbrzymie połacie środkowego Atlantyku stanowiły dla niemieckich podwodniaków swoisty raj, ochrzczony przez aliantów mianem „czarnej otchłani”. Dopiero po przystąpieniu USA do wojny możliwe stało się uruchomienie na szerszą skalę różnych przedsięwzięć mających ukrócić taki stan rzeczy. Znacznie rozszerzono program budowy małych i relatywnie tanich lotniskowców eskortowych (głównie typów Bogue i Casablanca), zintensyfikowano też prace nad morskim samolotem patrolowym o bardzo dużym zasięgu (PB4Y-1 Liberator).
Potężna gospodarka amerykańska potrzebowała jednak czasu, aby przestawić się na produkcję wojenną, a tymczasem Wielka Brytania natychmiast musiała zdobyć środki do obrony atlantyckich konwojów. I tu właśnie pojawia się postać wspomnianego już ekscentrycznego wizjonera – Geoffreya Nathaniela Pyke’a. Choć z przekonania był pacyfistą, to po wybuchu II wojny światowej postanowił wesprzeć swoimi pomysłami wysiłek wojenny Wielkiej Brytanii. W 1940 r. – tuż po niemieckiej inwazji na Norwegię – przedstawił on pomysł budowy szybkich pojazdów śnieżnych, z pomocą których miano by atakować ważne obiekty w tym kraju (operacja „Plough”). Początkowo pomysł ów nie uzyskał akceptacji, jednak w październiku 1941 r. szefem Dowództwa Operacji Połączonych został protegowany Churchilla kmdr lord Louis Mountbatten, mający do takich innowacyjnych pomysłów zupełnie odmienne podejście. Zatrudnił on Geoffrey’a Nathaniela Pyke’a – a także wielu podobnych mu fantastów i wynalazców – w nowej komórce organizacyjnej DOP. To właśnie tam opracowano cały szereg zrealizowanych nieco później projektów, takich jak chociażby sztuczne porty Mulberry czy podwodny rurociąg poprzez kanał La Manche (operacja „Pluto”). Co do samego Pyke’a, to pod koniec kwietnia 1942 r. przybył on do Ottawy, gdzie wraz ze specjalistami z Kanady i USA miał uczestniczyć w opracowywaniu wspomnianego pojazdu śnieżnego. Okazywana w trakcie prac zespołu arogancja Pyke’a, jego dziwne zwyczaje (brak higieny osobistej), a także zarzuty Amerykanów o prokomunistyczne sympatie sprawiły, że wreszcie zmuszono go do rezygnacji z prac przy projekcie. Ostatecznie skończyło się tym, że doznał on przewlekłego załamania nerwowego i przez jakiś czas kurował się w klinice w Rochester (USA). W jego niespokojnym umyśle wciąż kotłowały się jednak nowe pomysły i już wkrótce zaczął rozmyślać o możliwości wygrania II wojny światowej za pomocą lodu.
Za inspirację posłużył mu artykuł zamieszczony w „The National Geographic Magazine” z 1924 r., opisujący relację uczestnika patrolu lodowego z północnego Atlantyku dotyczącą nieudanej próby zniszczenia góry lodowej za pomocą sześciofuntowych pocisków. Zamiast rozpaść się na drobne kawałki, „pochłaniała ona pociski”, a większość z nich nawet nie eksplodowała. Pyke zadał sobie wówczas z pozoru naiwne pytanie: czy można by wykorzystać tę niezwykłą wytrzymałość gór lodowych dla celów militarnych? W tym samym okresie przeprowadził on całkiem przypadkową rozmowę z profesorem Hermanem Francisem Markiem, który zasypał go przeróżnymi informacjami na temat lodu. Nadmienił m.in., że lód topi się dużo wolniej po zaizolowaniu go. Gdyby umieścić bryłę lodu o przekroju ok. 300 stóp (91,44 m) w wodzie o temperaturze ok. 11°C, stopiłaby się w niecały tydzień, jednakże po otoczeniu jej drewnianą powłoką o grubości zaledwie jednej stopy (0,3048 m) w ciągu ok. 100 dni nie utraci ona więcej niż 0,9 proc. swej objętości.
Rozważania nie tylko teoretyczne
Informacja ta była dla Pyke’a niczym olśnienie – oczami swej wyobraźni widział już ściętą płasko górę lodową, zaizolowaną drewnem i przystosowaną z grubsza do możliwości przechowywania sprzętu wojskowego. Po przyholowaniu w rejon środkowego Atlantyku stanowiłaby ona wyśmienitą bazę dla alianckiego lotnictwa zwalczającego U-Booty. Co więcej, można by to wszystko osiągnąć za ułamek kosztów budowy tradycyjnego lotniskowca. Nie dość tego – biorąc pod uwagę, że lód jest bardzo tani i powszechnie dostępny, dlaczego by nie zbudować całego archipelagu takich lodowych pływających obiektów? W październiku 1942 r. Pyke przesłał pocztą dyplomatyczną lordowi L. Mountbattenowi obszerne, 232-stronicowe memorandum przedstawiające jego pomysły na wykorzystanie lodu dla celów militarnych. Autor sugerował w nim, iż owe lodowe obiekty mogłyby być wykorzystywane z powodzeniem nie tylko do zwalczania okrętów podwodnych, ale także podczas przyszłych operacji desantowych na kontynent europejski i Japonię. Swemu projektowi nadał kryptonim „Habbakuk”, co było nawiązaniem do jednego z wersetów z Księgi Habakuka (Stary Testament): Spójrzcie na narody i zobaczcie, patrzcie ze zdumieniem i trwogą! Bo za waszych dni dokonuję dzieła, w które nie uwierzycie, gdy wam ktoś o nim będzie opowiadał.
Pełna wersja artykułu w magazynie MSiO 9-10/2021