Łowcy pancerza. Gąsienicowe rakietowe niszczyciele czołgów cz.2, ZSRR i Federacja Rosyjska

Łowcy pancerza. Gąsienicowe rakietowe niszczyciele czołgów cz.2, ZSRR i Federacja Rosyjska

Jarosław Wolski

Rakietowe niszczyciele czołgów na podwoziu gąsienicowym stanowiły pewną anomalię w sowieckich siłach zbrojnych. Były bowiem w zasadzie zbędne, jednak mimo to powstały i do dziś stanowią istotny element obrony przeciwpancernej armii Federacji Rosyjskiej, ich najnowsze wersje zaś są od niedawna zamawiane przez resort obrony. Jednocześnie gwałtowny rozwój dziesiątek projektów w latach 60. nie wynikał z przyczyn merytorycznych, a politycznych. Powstała jednak wówczas baza opracowań umożliwiająca wdrożenie autentycznie udanych pojazdów, które stały się jednym z elementów obrony przeciwpancernej w latach 70. i 80. Z drugiej strony generalicja ZSRR ów rozwój dość skutecznie hamowała, co wynikało także z bardzo racjonalnych przesłanek.

Mimo pozyskania koncepcji rodem jeszcze z desek kreślarskich III Rzeczy oraz prowadzenia własnych projektów, zaraz po wojnie nie próbowano w ZSRR rozwijać rakietowej broni przeciwpancernej. Decyzja taka wydawała się racjonalna, ponieważ nasycenie holowanymi armatami przeciwpancernymi, działami samobieżnymi oraz czołgami, było w sowieckiej armii wyjątkowo wysokie – nawet jeżeli uwzględniono konieczność wystawiania kolejnych fal mobilizacyjnych. Dodatkowo tysiące pojazdów wyprodukowanych w czasach Wielkiej Wojny Ojczyźnianej wciąż zachowywało wystarczającą skuteczność dzięki nowej amunicji i mniej skomplikowanym modernizacjom. Wdrażano również do służby nowe typy czołgów i dział samobieżnych, których parametry były wyjątkowo wyśrubowane. Sporym problemem była oczywiście skala potrzeb największej na świecie armii, jednak w pierwszej dekadzie po II wojnie światowej zwalczanie ciężkiej broni pancernej opierało się o środki pochodzące jeszcze z jej okresu.

Na poziomie dywizji piechoty obrona przed nieprzyjacielskimi czołgami opierała się na wydzielonym batalionie przeciwpancernym, posiadającym baterie armat D-44 lub D-48 kal. 85 mm, ewentualnie BS-3 kal. 100 mm. Pułki piechoty posiadały również wydzielony pododdział przeciwpancerny, ale z armatami ZIS-2 kal. 57 mm.

Pierwsze zmiany rozpoczęły się pod koniec lat 50., niejako w ramach lustrzanego odbicia do wprowadzenia na zachodzie Europy przeciwpancernych zestawów rakietowych SS-10/SS-11 (Francja) i Kobra (Niemcy Zachodnie). Rozpoczęto zatem forsowne prace, których efektem było wdrożenie pierwszych zestawów naprowadzanych metodą MCLOS (Manual Command to Line of Sight). W tym przypadku celowniczy ręcznie, za pomocą dżojstika, naprowadzał lecący w kierunku celu pocisk. Śledzenie własnego pocisku umożliwiała zainstalowana w nim flara lub smugacz. Ponieważ celowniczy musiał mieć czas na prowadzenie pocisku, celność ppk MCLOS na dystansie poniżej 1000 m była bardzo niska, martwa strefa wynosiła zaś aż 600–800 m. Mimo relatywnie niskiego prawdopodobieństwa skutecznego ataku (realnie 10–25%), trafienie oznaczało dużą szansę zniszczenia celu, ponieważ kumulacyjne głowice całkiem dużej średnicy były zdolne pokonać 300–400 mm monolitycznego pancerza stalowego. Było to więcej niż mógł posiadać dowolny ówczesny czołg. Dodatkową zaletą był zasięg ognia, znacząco przekraczający możliwości artylerii lufowej, albowiem wynoszący ponad 2000 m. Oczywistym rozwiązaniem stało się połączenie w ramach jednego związku taktycznego sprawdzonych dział holowanych oraz nowych wyrzutni ppk – których wymiary i masa powodowały, że preferowanym nośnikiem były lekkie pojazdy kołowe. W efekcie do pułków i batalionów przeciwpancernych trafiała zwykle jedna bateria nowych niszczycieli czołgów.

Pierwszym wdrożonym w 1960 roku w ZSRR rozwiązaniem był 3M6 Trzmiel kompleksu 2K15/2K16 – który jako MCLOS cierpiał na wszystkie możliwe wady tego typu naprowadzania, ale z kolei jego pocisk rakietowy o zasięgu do 2000 m pokonywał 150 mm płytę stalową pod kątem 60o lub też 380 mm pionowego bloku stali. Wysoka awaryjność i niska celność nie zmieniały oceny systemu jako generalnie przydatnego. Zwłaszcza pochlebne opinie zbierała wersja 2K15 na podwoziu samochodu pancernego BRDM-1, jego wersją udoskonaloną stał się 3M7 Drakon.

Drugim produkowanym zestawem stała się w 1963 roku słynna 9M14 Malutka. Jej wersja wykorzystywana na BRDM-1 miała oznaczenie 9P110, na BRDM-2 z kolei 9P122. Poprawiona w 1965 roku rakieta potrafiła razić cele na dystansie 3000 m i pokonywać aż do 400 mm pionowego bloku stali (lub 360 mm płyty pod kątem 60o).

Trzecim stał się w 1964 roku kierowany radiokomendowo 3M11 Falanga, który był przeznaczony do stosowania na nośnikach lotniczych lub kołowych. Ten pocisk okazał się bardzo awaryjny i w 1968 roku został zastąpiony przez nowszy 9M17P Skorpion naprowadzany już metodą SACLOS. To był przełom, ponieważ takie naprowadzanie wymaga od operatora jedynie utrzymania celownika na celu, podczas gdy system sterujący wyrzutnią samodzielnie naprowadza pocisk na cel. Sterowaniem ppk zajmuje się system kierowania, który na obserwowany przez operatora cel naprowadza pocisk, podając przykładowo przez przewód komendy sterujące. Dla skuteczności metody, system celowniczy wyrzutni musi znać pozycję ppk. Dzieje się tak dzięki umieszczonym z tyłu pocisku dwóm flarom, których znak jest rozróżniany przez moduł celowniczy wyrzutni. Oznaczało to, że w warunkach poligonowych trafiało ponad 80% rakiet. Zasięg rakiet wystrzeliwanych z lądowej wersji wyrzutni 9K8 Fleyta wynosił 3500 m, głowica pokonywała zaś w optymalnych warunkach aż do 500 mm stali.

Pełna wersja artykułu w magazynie NTW 7/2019

Wróć

Koszyk
Facebook
Tweety uytkownika @NTWojskowa Twitter