Malajskie podrzutki Royal Navy

 


Krzysztof Gerlach


 

 

 

Malajskie podrzutki Royal Navy

 


Niezwykle długi okres wojen Wielkiej Brytanii z Francją rewolucyjną, a potem napoleońską, przy niespotykanym wcześniej tempie i skali budownictwa okrętowego, w połączeniu z kilkoma nieprzemyślanymi posunięciami polityczno-administracyjnymi, doprowadził do okresowych braków materiału budulcowego w brytyjskich stoczniach. Doraźne kłopoty z niedostatkiem rodzimych dębów – o wystarczająco wielkich wymiarach dla wykonywania belek szkieletu liniowców – oraz permanentne problemy z drewnem na maszty (odpowiednie do tego celu drzewa na Wyspach Brytyjskich nigdy nie występowały), skłaniały administratorów marynarki do „przeszukiwania” lasów na całym świecie. Czasem wynikały z tego zgoła nieoczekiwane rozwiązania.



 

 


Jedną z bardzo atrakcyjnych alternatyw dla angielskiego dębu był azjatycki tek, materiał uważany przez wielu za w ogóle najlepszy do tych celów na świecie. Spośród różnych gatunków i odmian geograficznych najwyżej ceniono tek malabarski. Brytyjska Kompania Wschodnioindyjska stosunkowo wcześnie wydarła indyjskim władcom miejsca występowania tych poszukiwanych drzew. Z teku malabarskiego powstało (głównie w Bombaju) raczej niewiele okrętów dla Royal Navy, lecz za to zaliczanych z reguły do najlepszych, a zawsze do najtrwalszych. Do wczesnych entuzjastów budowy w Indiach żaglowców dla brytyjskiej marynarki wojennej zaliczał się Pierwszy Lord Admiralicji z lat 1801-1804, hrabia St. Vincent. Trudno się zresztą temu dziwić, gdyż głównie to jego nietrafione w czasie i źle przeprowadzone reformy przyczyniły się do wielkiego kryzysu materiałowego w stoczniach Wielkiej Brytanii u progu nowej fazy wojen napoleońskich (1803-1814). Przerzucenie części budownictwa okrętowego na kontynent indyjski miało w zamyśle przynieść cały szereg korzyści – znakomitą jakość miejscowego surowca (co się sprawdziło), przestraszenie brytyjskich dostawców dębiny, którym St. Vincent wypowiedział wojnę, obfite dostawy drewna z rzekomo dziewiczych lasów, wydatne oszczędności (na każdym z tych pozostałych pól poniesiono spektakularne porażki, ale to się ostatecznie okazało dopiero wiele lat później). Kiedy na stanowisku Pierwszego Lorda Admiralicji znalazł się w 1804 r. Henry Dundas, wicehrabia Melville, zainteresowanie budową jednostek marynarki wojennej w Indiach jeszcze wzrosło, częściowo – a przynajmniej tak podejrzewali i sugerowali jego polityczni wrogowie – z przyczyn pozamerytorycznych.

MEANDRY BRYTYJSKIEJ POLITYKI NAD OCEANEM INDYJSKIM
Henry Dundas, prominentny szkocki prawnik i wytrawny polityk, pełnił w latach 1793-1801 ważną funkcję przewodniczącego Urzędu Kontroli (Indii), ciała utworzonego w 1784 r. Skrócony obraz brytyjskiego podboju Indii ze szkolnych podręczników, sprowadzający się do tego, że Anglicy przybyli, wypędzili innych europejskich konkurentów, pobili miejscowych oraz rządzili długo i solidarnie, bogacąc swoje imperium kosztem Hindusów, jest nie tyle daleki od prawdy, co po prostu całkiem fałszywy. Bardzo wiele lat na rabunkowej eksploatacji bogacili się tylko miejscowi urzędnicy Kompanii Wschodnioindyjskiej oraz dyrektorzy i udziałowcy tego towarzystwa w Londynie. Zapoczątkowana przez Roberta Clive w połowie XVIII w. polityka aneksji budziła w Anglii głęboki sprzeciw szerokich kręgów społeczeństwa – oczywiście nie z altruistycznych powodów, lecz z niechęci do oddawania takiej władzy spółce handlowej, z postrzegania absurdalności sytuacji, w której mała grupka kupców wypowiada sobie prywatne wojny, podpisuje traktaty, zawiera sojusze i dyktuje Zjednoczonemu Królestwu politykę zagraniczną, rządząc w końcu terytorium wielokrotnie większym i ludniejszym niż cała Wielka Brytania. A wszystko to podszyte zwyczajną, ludzką zawiścią o przywileje towarzystwa i zupełnie niespotykane tempo bogacenia się jednostek – z zazdrością i pogardą obdarzanych mianem nababów. Ciągłe boje parlamentarne doprowadziły w końcu do tego, że Kompanii Wschodnioindyjskiej zostawiono w 1784 r. możliwość zbijania indywidualnych fortun, lecz politykę zagraniczną w Indiach przejął rząd brytyjski, właśnie w postaci owego Urzędu Kontroli. Jednak związane z tym rozporządzeniem nadzieje przeciwników mieszania się w sprawy niezależnych państw indyjskich, rychło okazały się złudne. Tacy ministrowie jak Henry Dundas usilnie popierali kolejnych generalnych gubernatorów nastawionych na zabory terytorialne – jak np. angloirlandzkiego Richarda Wellesleya, brata przyszłego księcia Wellingtona. Budziło to nie tylko gniew opozycji, ale i podejrzenia, że również poczynania tych osób na innych stanowiskach miały w zawoalowany sposób sprzyjać powiększaniu w Indiach obszarów znajdujących się pod brytyjską władzą oraz bogaceniu się wąskiej grupy wzajemnie powiązanych polityków, urzędników i uprzywilejowanych kupców. Już jako Pierwszy Lord Admiralicji, wicehrabia Melville wykazywał wielki zapał do wykorzystywania teku malabarskiego w budownictwie okrętowym – na miejscu, dla uniknięcia kosztów bardzo dalekiego transportu. Chodziło o niezwykle cenny materiał szkutniczy, jednak nie da się ukryć, że jego sensowna dla Brytyjczyków (czytaj: w miarę tania) eksploatacja wymagała rzeczywiście kontroli nad indyjskimi centrami szkutniczymi i lasami, czyli sprzyjała ekspansjonizmowi.
 
 
Pełna wersja artykułu w magazynie MSiO 4/2011

Wróć

Koszyk
Facebook
Twitter