Miękka młodzież Syjonu
Robert Czulda
„Miękka” młodzież Syjonu
Stwierdzenie, że każdy Izraelczyk chce służyć w wojsku i bronić swojej ojczyzny przed zewnętrznymi zagrożeniami, jest coraz mniej zgodne z rzeczywistością. Z roku na rok wzrasta liczba osób, które starają się tego uniknąć. Niedługo problem ten może dotyczyć aż 60% społeczeństwa.
Dobrą tego ilustracją, pokazywaną swego czasu w izraelskich mediach, jest kazus Tel Awiwu. W Izraelu istnieje nawet powiedzenie: podczas gdy Jerozolima się modli, Hajfa pracuje, Tel Awiw się bawi. W 2006 roku, podczas walk Sił Obronnych Izraela z Hezbollahem w południowym Libanie, wielu Izraelczyków miało pretensje do mieszkańców Tel Awiwu, że ci nie garną się do walki. W pewnym momencie eksperci zauważyli, że na liście poległych żołnierzy nie ma osób z tego miasta. Znaczna część komentatorów była wściekła, że podczas gdy północ kraju jest ostrzeliwana i giną ludzie, to młodzież w Tel Awiwie bawi się na plaży i dyskotekach. Czy tak wygląda nasza młodzież? – pytano ze zdziwieniem, rozpamiętując oddanie tysięcy młodych osób podczas wojen 1967 czy 1973 roku, nie wspominając o wojnie o niepodległość lat 1947–48.
Wojna 2006 roku nie jest odosobnionym przypadkiem. Coraz częściej zauważa się, że współczesna młodzież izraelska nie jest tak oddana ojczyźnie jak ich ojcowie czy dziadkowie, którzy musieli wywalczyć sobie każdy metr palestyńskiej ziemi. Eksperci związani z wojskiem ostrzegają – bycie żołnierzem wojska izraelskiego jest coraz rzadziej postrzegane w kategoriach dumy. Młodzi Izraelczycy z coraz większą niechęcią zakładają mundur, zanika poczucie obowiązku, patriotyzm. Weteranów nie stawia się już za wzór godny naśladowania. Służba wojskowa staje się przykrą koniecznością, której wielu stara się za wszelką cenę uniknąć.
Służba nie jest fajna
Trudno chyba znaleźć państwo, w którym wojna jest tak immanentną cechą życia kolejnych pokoleń, jak Izrael. Wielu Żydów, którym udało się uniknąć śmierci podczas II wojny światowej wyjechało z Europy do Palestyny, gdzie w 1947 roku zaczęli walczyć z Arabami o ziemię. Konflikt o przetrwanie i – o ironio losu – przestrzeń życiową zakończył się porażką Arabów. W latach 50. i 60. XX wieku prowadzono liczne zbrojne operacje przeciwko syryjskim, jordańskim oraz egipskim formacjom paramilitarnym, które nękały izraelską ludność cywilną. W 1956 roku Izrael, z pomocą Wielkiej Brytanii oraz Francji, zaatakował sąsiedni Egipt, w którym znacjonalizowano Kanał Sueski. „Zbrojny” pokój trwał do 1967 roku, kiedy w czerwcu Izrael ponownie wdał się w regularną wojnę z Egiptem, Jordanią, Syrią, a także Irakiem i Arabią Saudyjską.
Aż do 1970 roku trwała tzw. wojna na wyniszczenie z Egiptem. Ledwie się zakończyła, a raz jeszcze Izraelczycy musieli walczyć. W 1973 roku zaskakujący atak syryjsko-egipski był potężnym ciosem dla Sił Obrony Izraela, które w pewnym momencie stanęły w obliczu klęski. W razie porażki państwo izraelskie zapewne przestałoby istnieć. Sukcesy armii izraelskiej w drugiej fazie konfliktu oraz polityczne działania Związku Sowieckiego i Stanów Zjednoczonych sprawiły, że Izrael nie został wymazany z mapy świata, a arabscy agresorzy przez długie lata musieli „leczyć” zadane rany. W 1978 roku Izrael dokonał inwazji na południowy Liban. Powtórzył ją cztery lata później, a walki trwały aż do 2000 roku, aby rozgorzeć ponownie w roku 2006. W międzyczasie prowadzono niezliczone operacje zbrojne przeciwko Palestyńczykom – podczas pierwszego powstania palestyńskiego (1987–1993), drugiego (2000–2005) oraz w czasie dwóch ostatnich interwencji (2008–2009 oraz 2012).
Nie ma wątpliwości, że stawką w znacznej części z tych wojen była przyszłość Izraela jako niepodległego państwa. Pomimo zwycięstw dalsze jego istnienie nie jest przesądzone. Palestyńczycy nie zamierzają się poddawać w swej walce o niepodległość oraz terytorium. Problematyczny jest coraz mniej stabilny Egipt, w którym nie ma już u steru władzy izraelskiego „sojusznika” – Hosniego Mubaraka. Niepewna sytuacja panuje w Jordanii, gdzie póki co rządzi prozachodni Abd Allah II ibn Husajn. Syria jest w ogniu wojny domowej, Liban z kolei boryka się z niestabilnością i dużymi wpływami polityczno–militarnymi Hezbollahu, wspieranego przez skrajnie antyizraelski Iran.
Mimo wyraźnych zagrożeń dla istnienia państwa, do służby wojskowej w obronie z trudem wywalczonej ojczyzny garnie się coraz mniej osób. Statystyki izraelskiej armii z 2005 roku są niepokojące: w ostatnich latach liczba młodych osób, które nie trafiły do służby wojskowej wzrosła wówczas do 25% w przypadku mężczyzn i do 42% w przypadku kobiet. Rok później odsetek kobiet wzrósł do 44%, z czego 35% z powodów religijnych. Według danych Sił Obronnych Izraela z 2010 roku aż połowa Izraelczyków w ogóle nie trafiła do wojska – nawet do rezerw.
Unikanie służby stało się w niektórych kręgach wręcz modne. Dotyczy to przede wszystkim wspomnianych młodych ludzi z Tel Awiwu – miasta całodobowej zabawy i hedonistycznych przyjemności. Jak ujawniły niedawno lokalne media, kilka miesięcy temu raptem trzech obywateli tego miasta służyło jako dowódcy kompanii, podczas gdy miasteczko Bruchin na Zachodnim Brzegu (razem 600 mieszkańców) szczyciło się sześcioma, a Eli (również Zachodni Brzeg, 2000 mieszkańców) pięcioma. Około półmilionowy Tel Awiw zajął dopiero 53. miejsce na liście Ministerstwa Obrony pod względem liczby rekrutów (lista liczy 67 miast). W przypadku kobiet pozycja tego miasta była nieco lepsza – 27.
Pełna wersja artykułu w magazynie NTW 02/2013