Mobilizacja polskich jednostek pływających w latach 50. XX w.

Robert Rochowicz
W przypadku groźby konfliktu i zarządzenia mobilizacji skład floty w krótkim okresie zazwyczaj uzupełnia się o wiele nowych jednostek pływających. Przeważnie jest to jednak tabor pomocniczy, czyli jednostki rybackie oraz statki handlowe przejmowane od cywilnych armatorów. Tak było również w przypadku mobilizacji sił i środków dla polskiej marynarki wojennej po 1945 r.
Pamiętać trzeba, że w planach mobilizacyjnych nie mogły nagle pojawić się formowane od nowa, w ciągu np. 14 dni, dywizjony niszczycieli, okrętów podwodnych czy nawet kutrów torpedowych. Wymienione okręty nie leżały na półkach w magazynach do wzięcia w razie potrzeby ani nawet nie stały przy nabrzeżach naszych portów wojennych. Jednostki tych klas, posiadane już w służbie, co najwyżej uzupełniano rezerwistami lub dodatkowym wyposażeniem. Teoretycznie najłatwiej było wzmocnić siły minowe i przeciwminowe, patrolowe i pomocnicze. To też jednak początkowo nie należało do prostych zadań. W pierwszych latach po zakończeniu II wojny światowej floty handlowa i rybacka – naturalne rezerwy naszej marynarki wojennej – także odbudowywały swoje zasoby. Sytuacja zaczęła się powoli normować dopiero od połowy lat 50. XX w. wraz z uruchomieniem budowy w polskich stoczniach wielu typów statków handlowych czy kutrów rybackich.
Trudne początki
Już w pierwszym powojennym planie mobilizacyjnym – wydanym w 1951 r. dokumencie o oznaczeniu „PM-1” – przewidywano sięgnięcie po rezerwy z „cywila”. Trzeba jednak od razu dodać, że miał to być „zaciąg” raczej symboliczny. W porcie na Oksywiu planowano sformować Dywizjon Kutrów Dozorowych (etat wojenny 034/11), dla którego wyposażenie miało pochodzić z Wojsk Ochrony Pogranicza (WOP). W Świnoujściu z kolei zamierzano utworzyć Grupę Awaryjno-Ratowniczą (etat wojenny 034/7) ze sprzętem z tworzonego w tym czasie od podstaw Polskiego Ratownictwa Okrętowego (PRO). Wzmocnienie kutrami rybackimi wpisano także w zadania mobilizacyjne istniejącej Flotylli Trałowców.
W najmniejszym stopniu „cywilna” była mobilizacja sił dla Dywizjonu Kutrów Dozorowych, bo opierała się (przynajmniej w teorii) na z założenia uzbrojonych jednostkach morskiej służby WOP. Należały do nich jednak albo pochodzące z amerykańskiego i brytyjskiego demobilu kutry i motorówki, albo mienie poniemieckie, albo odzyskane przedwojenne kutry strażnicze, wreszcie – adaptowane do misji patrolowych kutry rybackie. Jednostki pływające WOP stacjonowały w tym czasie w trzech portach: w Nowym Porcie w Gdańsku, w Darłowie oraz w Świnoujściu. Brak dziś w dokumentach szczegółowego zestawienia mobilizowanych dla Dywizjonu Kutrów Dozorowych jednostek pływających i sprzętu, jednak jego planowana dyslokacja każe wątpić w zabieranie i tak nielicznych kutrów z Pomorza Zachodniego i Środkowego. WOP na czas „W” też miał swoje zadania i pozbawianie go środków do ich realizacji nie miałoby sensu. Dlatego też przewidywano, że dywizjon przejmie tuzin patrolowców z tych w czasie pokoju stacjonujących w Nowym Porcie. W 1954 r. marynarze „wopiści” mieli tam do dyspozycji 5 dozorowców i 11 kutrów patrolowych. W większości były to jednostki zdolne do operowania w rejonach przybrzeżnych, tylko większe dozorowce miały lepszą dzielność morską. Niewielkie okręty praktycznie nie posiadały skutecznego na morzu uzbrojenia – karabiny maszynowe nadawały się ledwie do wywierania presji na rybakach czy załogach statków handlowych. Co ciekawe, dla Dywizjonu Kutrów Dozorowych nakazano w należnościach sprzętu zabezpieczyć posiadanie dziewięciu trałów mechanicznych MT-3, ale zapis ten nie był możliwy do zrealizowania z powodu braku sprzętu w marynarskich składnicach.
Jeszcze bardziej bezużyteczne wydawały się siły i środki, którymi w pierwszych miesiącach istnienia dysponowało PRO. Na szczęście w kolejnych latach do służby wprowadzono nowe jednostki, które rzeczywiście mogły służyć w misjach ratujących życie ludzi na morzu. Pamiętać też trzeba, że w pierwszym okresie powojennym PRO było nastawione także, a może nawet przede wszystkim, na wydobywanie licznych wraków zalegających wody portowe i przybrzeżne. Nie pozostawało to bez wpływu na to, które z posiadanych jednostek pływających mogły być przekazane wojsku w razie zagrożenia. Także i w tym przypadku brak zachowanej dokumentacji archiwalnej nie pozwala ocenić, które dokładnie jednostki zostały wskazane do zmobilizowania.
Te trzy opisane wyżej etaty funkcjonujące w „PM-1” były skromnym efektem szeroko zakrojonej akcji zbierania przez Dowództwo Marynarki Wojennej (DMW) pełnej informacji o wszelkich dostępnych jednostkach pływających, pozostających w dyspozycji armatorów podlegających Ministerstwu Żeglugi lub podmiotów indywidualnych. Co warte podkreślenia, mimo starań „władzy ludowej” likwidacji wszelkiej własności prywatnej całkiem spora liczba niewielkich kutrów rybackich nie została objęta procesem nacjonalizacji. Ten proces zbierania danych trwał kilka miesięcy. W styczniu 1951 r. listy jednostek dotarły do DMW w Gdyni. Wymieniono na nich wszystkie polskie statki pełnomorskie i żeglugi przybrzeżnej, holowniki oraz kutry rybackie. Przygotowane listy poddano następnie szczegółowej analizie przez grupy oficerów z DMW, którzy ocenili przydatność jednostek pod kątem możliwych do realizacji zadań w składzie marynarki wojennej po ogłoszeniu mobilizacji zasobów gospodarki narodowej na czas kryzysu i wojny. Proces ten zakończył się w czerwcu 1951 r. przygotowaniem kolejnych list – tym razem przy nazwach poszczególnych jednostek pojawiły się podstawowe dane techniczne, komentarz o przydatności dla marynarki wojennej i ewentualne uwagi na temat przystosowania ich do wykonywania zadań na rzecz sił zbrojnych.
I tak spośród wymienionych 56 jednostek pełnomorskich tylko jednego statku nie zakwalifikowano do zmobilizowania. Do transportu żołnierzy wskazano 8 z nich, do przewozu ludzi i sprzętu – kolejnych 15, a do przewozu zaopatrzenia – 20. Były na tej liście również trzy zbiornikowce, pojedyncze statki zamierzano przystosować do służby ratowniczej, sanitarnej i jako bazę dla załóg okrętów podwodnych, a sześć – zamienić w okręty strażnicze.
Z kolei spośród 27 jednostek przybrzeżnych aż 11 nie zakwalifikowano do przejęcia przez marynarkę wojenną. Jeśli chodzi o wybraną szesnastkę, uznano, że dziesięć z nich przyda się do bliskich przerzutów żołnierzy z lekkim uzbrojeniem i wyposażeniem, a trzy kolejne można będzie przerobić na barki desantowe. Dwa małe statki miały stać się jednostkami sanitarnymi, a jedna – przybrzeżnym stawiaczem min.
W przypadku jednostek rybackich sprawa była dość prosta, dla większości bowiem zakładano ewentualne doposażenie do wypełniania funkcji jednostek trałowych, ewentualnie sanitarnych. Do tej klasy taboru powrócimy w kolejnych akapitach, gdyż tu sytuacja najszybciej się zmieniała – wraz z wykruszaniem się starych kutrów i pojawianiem się nowych jednostek.
Całkiem spora lista dostępnych w tym czasie holowników – doliczono się ich aż 71 – miała zasilić siły pomocnicze operujące w portach, na redach i w bezpośredniej bliskości wybrzeży. Blisko połowę z nich, czyli 35 jednostek, widziano w okresie po mobilizacji w roli kutrów ratowniczych (z zachowaną funkcją zawsze potrzebnych holowników). Do transportu żołnierzy wskazano kolejnych jedenaście, a do przewozu zaopatrzenia – osiem, wreszcie sześć kolejnych miało odpowiednie parametry techniczne do przekwalifikowania w razie potrzeby na lodołamacze.
Pełna wersja artykułu w magazynie MSiO 3-4/2021