Niszczyciele typu Zumwalt – okręty ery kosmicznej cz. 1

Sławomir J. Lipiecki
Prawdopodobnie ostateczne wycofanie ze służby okrętów liniowych typu Iowa pozbawiło US Navy najgroźniejszej broni nawodnej i zarazem cały sojusz NATO skutecznego narzędzia wsparcia dla jednostek działających na lądzie. Początkowo alternatywą dla pancerników miały być okręty-arsenały (amer. „arsenal ships”), a ostatecznie krążowniki rakietowe programu CG(X). Obie koncepcje umarły jednak „śmiercią naturalną” już podczas wstępnych prac projektowych. Tym samym do dyspozycji US Navy pozostał jedynie projekt najnowszej generacji wielkich niszczycieli DDG(X), typu Zumwalt, który z uwagi na ogromne koszty „obcięto” z 32 do zaledwie 3 jednostek.
Pierwszy z nowych „niszczycieli”, USS Zumwalt (DDG‑1000), został przyjęty na stan US Navy 15 października 2016 roku, a dwa kolejne znajdują się w zaawansowanej fazie budowy (USS Michael Monsoor DDG-1001 i USS Lyndon B. Johnson DDG-1002). Są to obecnie najnowocześniejsze okręty świata, nie mające swoich odpowiedników w żadnej flocie. Tym niemniej absolutnie nie stanowią – wbrew obiegowej opinii – następców wycofanych ze służby pancerników typu Iowa. Są w praktyce jedynie arcykosztownym eksperymentem, który ma wprowadzić US Navy w XXI wiek i doprowadzić w przyszłości do budowy znacznie większych jednostek, bardziej zbliżonych potencjałem do tych pancernych dinozaurów morza z innej epoki.
Trudno jednoznacznie stwierdzić, dlaczego Amerykanie sklasyfikowali nowe okręty jako niszczyciele, doskonale zdając sobie przecież sprawę z faktu, że są one o ponad połowę większe od krążowników rakietowych z systemem AEGIS typu Ticonderoga (wyporność około 16 000 ts w porównaniu do 10 000 ts). Jeśli nie liczyć lotniskowców, od czasów zakończenia II wojny światowej tylko raz zbudowano dla US Navy jednostkę nawodną o większej wyporności (był to krążownik rakietowy z napędem nuklearnym USS Long Beach CGN-9, o wyporności bojowej ponad 17 000 ts).
Krok w przyszłość
Prace projektowe nad okrętami przyszłości w ramach programu SC-21 (amer. Surface Combatant of the 21th Century) rozpoczęły się już pod koniec lat 80. ubiegłego wieku. Analizowano wówczas projekt budowy jednostki o wyporności dochodzącej nawet do 40 000 ts (m.in. wspomniane we wstępie okręty-arsenały), uzbrojone wyłącznie w wielokomorowe systemy VLS dla rakiet różnego typu (w liczbie dochodzącej nawet do 500 sztuk). Bardzo szybko zdano sobie jednak sprawę, że skoncentrowanie tak dużej liczby pocisków rakietowych na stosunkowo niewielkiej powierzchni stanowi realne zagrożenie dla okrętu-nosiciela. Nawet pojedyncze, przypadkowe trafienie (lub zwyczajny wypadek) mogłoby unicestwić cały okręt! Tym samym projekt zarzucono i powrócono do koncepcji jednostki mniejszej, bardziej odpornej na uszkodzenia i – co najważniejsze – uzbrojonej w dużo mniejszą liczbę rakiet, ale za to dysponującej silnym uzbrojeniem artyleryjskim.
Projekt wstępny, oznaczony początkowo jako DD-21 bardzo szybko ewoluował z jednostki o wyporności normalnej 9500 ts (odpowiadającej mniej więcej niszczycielom typu Arleigh Burke) do niemal 16 000 ts, a więc stanowiącej ekwiwalent największych ciężkich krążowników z końca II wojny światowej (sic!). Zmieniono także koncepcję uzbrojenia, w tym także artyleryjskiego, podnosząc m.in. kaliber ze 127 mm na 155 mm i dodając dwa stanowiska artylerii pomocniczej kal. 57 mm Mk‑110 Bofors. Gdy projekt wszedł w fazę zaawansowaną, Departament Obrony zatwierdził jego oficjalne przeklasyfikowanie na DDG(X).
Jak już wspomniano, nie było mowy, by okręty tej wielkości, jakkolwiek nowoczesna nie byłaby ich artyleria, zastąpiły pancerniki. Niedostatki w sile ognia planowano „nadrobić” budując aż 32 jednostki, co miało jeszcze tę zaletę, że w przeciwieństwie do okrętów liniowych typu Iowa można było zabezpieczyć za jednym zamachem znacznie większą liczbę regionów zapalnych na świecie. Sam projekt wstępny powstał w oparciu o doktrynę obowiązującą jeszcze w czasach tzw. „zimnej wojny”, gdy nie liczono się tak bardzo z kosztami, a US Navy interesował jedynie efekt końcowy (program nowych niszczycieli niejako „z marszu” otrzymał astronomiczny budżet w wysokości 22,5 miliarda USD). W obecnych realiach ogólnoświatowego pokoju, gdy bezmyślnie wycofano z linii pancerniki typu Iowa, zrezygnowano z budowy kolejnych okrętów podwodnych typu Seawolf, tudzież wycofano z eksploatacji bombowce klasy stealth F-117 Nighthawk i myśliwce morskie F-14 Tomcat, program budowy zaawansowanych technicznie niszczycieli napotkał na swoisty mur nie do przejścia. Nowe jednostki okazały się w praktyce zbyt nowatorskie i tak bardzo kosztowne (np. cena prototypu, szacowana początkowo na 3-3,5 miliarda USD, ostatecznie przekroczyła kwotę… 7 miliardów USD i to już w fazie budowy!) w stosunku do realnych możliwości, że 31 lipca 2008 roku postanowiono wprowadzić do służby zaledwie dwie jednostki (ostatecznie, pod wpływem nacisków z Kongresu, firm wykonawczych oraz opinii publicznej zatwierdzono budowę trzech).
USS Zumwalt jest przykładem naszego dążenia do zwiększenia stabilności operacyjnej i utrzymania przewagi strategicznej przez Stany Zjednoczone. Bez wątpienia jest zdolny do projekcji siły… Okręty typu Zumwalt są znacznie większe od innych, współczesnych niszczycieli (należy pamiętać, że ich oficjalna klasyfikacja jest umowna i uwarunkowana politycznie – przyp. S. L.) i mają znacznie większy pokład lotniczy – z wystarczająco dużą ilością miejsca, by przyjąć samoloty JSF F-35, MV-22 Osprey oraz bezzałogowe, np. UUV. Rakietowy system pionowego startu nie ma sobie równych – zachwalał nowy okręt sekretarz US Navy Ray Mabus.
Pierwszy „niszczyciel” USS Zumwalt (DDG-1000) zwodowano w stoczni Bath Iron Works w Bath (stan Maine) 28 października 2013 roku, natomiast druga jednostka, USS Michael Monsoor (DDG-1001) zeszła z pochylni 21 czerwca 2016 roku (trzeci okręt wciąż znajduje się w zaawansowanym stadium budowy, a konkretnie w końcowej fazie wyposażania). Od chwili opuszczenia stoczni USS Zumwalt poddawany był całej serii niezwykle trudnych i długotrwałych prób morskich m.in. na kole podbiegunowym (podobnie było w przypadku krążowników typu Ticonderoga). Podczas jednego z takich testowych wyjść, 12 grudnia 2015 roku niszczyciel przerwał próby stoczniowe i wziął z powodzeniem udział w swojej pierwszej prawdziwej akcji ratowniczej. Szyper niewielkiego, 18-metrowego kutra rybackiego Danny Boy poczuł silne bóle w klatce piersiowej i wymagał natychmiastowej hospitalizacji. Panujące złe warunki atmosferyczne, w połączeniu z niekompatybilną konfiguracją sprzętu ratowniczego na śmigłowcach względem jednostki cywilnej spowodowały, że w akcji wziął udział USS Zumwalt, a konkretnie załoga jednej z jego łodzi motorowych. Cierpiącego szypra przetransportowano za jej pomocą na pokład niszczyciela.
Pełna wersja artykułu w magazynie MSiO 11-12/2016