Łódka i ładownik w karabinach powtarzalnych


Leszek Erenfeicht


 

 

 

Łódka i ładownik

 

 

w karabinach powtarzalnych

 

 

 

Głównymi antagonistami w sporze o to, czym lepiej i szybciej ładować karabiny były ładowniki i łódki – magazynek wymienny był wprawdzie starszy od obu, ale nikt go nie brał poważnie pod uwagę jako praktycznego sposobu zasilania karabinu piechoty.

 

 

Odkąd w roku 1869 armia bawarska wprowadziła do uzbrojenia pierwszy w Europie odtylcowy karabin na naboje scalone w łusce metalowej centralnego zapłonu, na kontynencie zapanowała gorączka szybkostrzelności. Co ciekawe, wojskowi raczej się jej przeciwstawiali – to wynalazcy i politycy licytowali się na liczbę strzałów oddawanych w jednostce czasu.

Tyle, że na razie nie bardzo mieli jak. Dopiero w kolejnej dekadzie, w latach 80. XIX wieku karabiny jednostrzałowe, bez magazynka, powszechnie ustępowały miejsca karabinom powtarzalnym – wyposażonym w magazynek, czyli urządzenie, z którego zamek dosyłał naboje do lufy. Powszechnie przyjętym rozwiązaniem był magazynek rurowy: tuba ze sprężyną, wypychającą za pośrednictwem donośnika naboje w przód (Spen cer) lub w tył (Winchester, Kropatschek).

Magazynki rurowe – niezależnie od szczegółowego rozwiązania – łączyło kilka wspólnych wad. Po pierwsze, mało który z nich był umieszczony w osi lufy, co powodowało konieczność zastosowania jakiegoś mechanizmu podającego – przy użyciu magazynka podlufowego było to absolutnie niezbędne. Po drugie, magazynek rurowy wymagał ładowania pojedynczymi nabojami, co było czynnością długotrwałą. Tylko karabinki Spencera miały system ładowania Blakeslee, używający wcześniej napełnionych tub zawierających po 7 nabojów, które można było wsypać do magazynka rurowego jednym ruchem. W tym celu Spencer umieścił go w kolbie: by załadować broń, należało obrócić wystające na stopkę kolby dno magazynka, wyjąć go z broni, wsypać naboje z rurki Blakeslee do kanału gniazda magazynka, a następnie wepchnąć z powrotem magazynek, nasuwając go na słup nabojów i wciskając tym samym sprężynę donośnika. Te wszystkie wygibasy były możliwe w karabinku kawaleryjskim na krótki nabój bocznego zapłonu – próby powtórzenia go w formacie karabinu na długie naboje kończyły się niepowodzeniem. Po trzecie, bezwładność przy odrzucie powodowała przemieszczenie słupa nabojów, tym większe, im bardziej pusty był magazynek – a pamiętajmy, że wtedy naboje karabinowe kalibru około 11 mm miały pociski ważące po 30 g i więcej. Na razie, póki pociski były tępołukowe i ołowiane, to jeszcze w niczym nie przeszkadzało – potem miało się zmienić. Duża masa i długość nabojów przekładała się na czwartą wadę, która jednak wydaje się nieco wydumana – wielu autorów pisało o przesunięciu środka ciężkości karabinu w miarę opróżniania magazynka, co miało wpływać na celność strzału. W końcu dzisiejsi użytkownicy strzelb powtarzalnych i samopowtarzalnych też mają do czynienia z magazynkami rurowymi, naboje mają po 76 a nawet 89 mm długości, ich pociski (śrut czy kula) potrafią ważyć do 45 g – a ta zmiana środka ciężkości jakoś im nie doskwiera. Być może najbardziej doświadczeni strzelcy, prowadzący ogień do tarczy na kilkaset metrów byliby w stanie zauważyć wpływ takiego zjawiska, a ruch słupa nabojów mógłby zmienić wyważenie broni automatycznej – ale przeciętny strzelec usiłujący trafić z odległości 50 metrów biegnącego na niego z bagnetem na bro ni przeciwnika na pewno ma poważniejsze zmartwienia na głowie... Kiedy jednak zaczęto poprawiać osiągi nabojów przez stosowanie pocisków ostrołukowych, wada numer 3 wyszczerzyła naraz wielkie zębiska – co innego kiedy po strzale następny nabój nabija się spłonką na owalny szczyt pocisku poprzednika, ale kiedy ten poprzedni pocisk ma szpic, który może zbić spłonkę i doprowadzić do detonacji nabijającego się nań naboju, zaczyna się robić gorąco. Nic dziwnego zatem, że tylko u Francuzów magazynek rurowy przeżył wprowadzenie pocisków ostrołukowych – ich nabój 8 mm x 50R był tak zbieżnym stożkiem, że położony na boku celował bezpiecznie w kryzę poza spłonką. Nie żeby mieli jakiś inny wybór – zakup 3 milionów Lebeli, które stanowiły podstawę uzbrojenia armii nie pozostawił im po prostu innego wyjścia: byli na nie skazani i tylko szczęśliwie nieforemny nabój pozwolił im uniknąć najgorszych konsekwencji. Wadzie numer 2 starano się zapobiegać, wymuszając dyscyplinę ogniową za pomocą wyłącznika magazynka: dźwigni unieruchamiającej podajnik w górnym położeniu. Po jej użyciu karabin powtarzalny zamieniał się w jednostrzałowy, aż do wydania komendy pozwalającej odblokować podajnik, po której można było prowadzić szybki ogień, np. przeciwszturmowy. Takie rozwiązanie miało sens w broni z magazynkiem rurowym, ale część armii przeniosła go na broń z magazynkami pudełkowymi (amerykański karabin Springfield M1903 miał wyłącznik do końca swej kariery wojskowej, bo w położeniu pośrednim pełnił on obowiązki zaczepu do rozkładania), a niektóre nawet do broni z magazynkiem wymiennym – jak brytyjski SMLE Mk III produkcji do 1916 roku.

 

Pełna wersja artykułu w magazynie Strzał Specjalny 4

Wróć

Koszyk
Facebook
Twitter