Krzysztof Gerlach
Okręty wojny,
której oficjalnie nie było
W latach 1798-1800 toczyła się ograniczona wojna morska między Stanami Zjednoczonymi a napoleońską Francją, o tyle osobliwa, że obu stronom zależało, aby jej formalnie nie deklarować. Nie obfitowała w pojedynki okrętów wojennych, a już zupełnie nie doprowadziła do bitew eskadr, koncentrując się na atakowaniu żeglugi handlowej i zwalczaniu tych, którzy tę żeglugę niszczyli – czyli korsarzy. Mimo tego, owa quasi-wojna, jak się ją często określa, jest ciekawa z punktu widzenia rozwoju żeglugi, gdyż stała się poligonem doświadczalnym nowatorskich konstrukcji amerykańskich w starciu z tradycyjnym, europejskim budownictwem okrętowym – z którego obie strony… nie wyciągnęły żadnych wniosków!
łode państwo amerykańskie znajdowało się pod koniec XVIII w. w trudnej sytuacji politycznej. Słaby rząd centralny nie pozwalał na utrzymanie znaczącej armii czy floty, więc brakowało narzędzi do wtrącania się w spory krajów europejskich – zresztą większość obywateli nie miała takich ambicji. Wybuch rewolucji francuskiej, a następnie ścięcie Ludwika XVI i w końcu rozpętanie się wojen Francuzów z prawie całą Europą, przysporzyły Amerykanom niemałych dylematów moralnych. Z jednej strony mieli wielki dług wdzięczności wobec Francji, bez której najprawdopodobniej nie wygraliby wojny o swoją niepodległość, a zarazem trawiły ich zadawnione żale do Wielkiej Brytanii. Z drugiej strony było jasne, że to nie chłop, kupiec czy adwokat francuski zdecydowali o włączeniu się ich kraju do wojny kolonistów przeciwko Anglii, tylko właśnie król, którego oni pozbawili korony razem z głową. Niemałe znaczenie miała również forma rządów – Stany Zjednoczone powstały formalnie z negacji praw władcy do rządzenia obywatelami pozbawionymi swojego przedstawicielstwa, więc hasła Republiki Francuskiej były Amerykanom bardzo bliskie. Jednak nie należy zapominać, że ojcami-założycielami byli w większości religijni fanatycy – to, że akurat protestanccy, nie katoliccy, nie ma żadnego znaczenia. Tymczasem rewolucja francuska zwróciła się nie tylko przeciwko klerowi, ale usilnie propagowała ateizm, a w każdym razie kategorycznie odrzucała chrześcijaństwo, wzbudzając w USA oburzenie i obrzydzenie. Ponadto w Stanach Zjednoczonych tworzyły się zręby ustroju demokratycznego opartego na walce partii i stronnictw, a każda frakcja usiłoW wała wykorzystać sytuację zewnętrzną i zagraniczne idee jako pretekst do zbijania własnego kapitału politycznego. Realnym czynnikiem były w tym wszystkim zagrożenia płynące z europejskich zawirowań dla amerykańskiego handlu. Nie mogąc i nie chcą się opowiedzieć po żadnej z głównych stron konfliktu, Amerykanie cierpieli od obu. Jest zrozumiałe, że w okresie wojny ceny na produkty oraz stawki frachtowe we Francji i Wielkiej Brytanii wzrastały. Rząd USA próbował zachować ścisłą neutralność, mając nadzieję na finansowe zdyskontowanie tych okoliczności poprzez handel z jednym i drugim państwem, kiedy żegluga brytyjska i francuska były wzajemnie przez siebie zagrożone. Tymczasem Brytyjczycy i Francuzi ani myśleli tolerować zawijania Amerykanów do portów przeciwnika, z artykułami w ten czy inny sposób podtrzymującymi potencjał wojenny drugiej strony. Kwestie praw statków neutralnych i towarów uznanych za zakazane materiały wojenne (Anglicy włączyli do nich nawet zboże) nie mogły być rozwiązane, ponieważ brakowało jakichkolwiek uregulowań międzynarodowych, a praktyka ścisłego powiązania punktu widzenia z aktualnym punktem siedzenia miała w Europie tradycję sięgającą co najmniej wczesnego Średniowiecza. Ani Francuzi, ani Anglicy nie wahali się atakować statków obywateli USA handlujących z drugą stroną. W listopadzie 1793 r. rząd brytyjski upoważnił okręty Royal Navy do zatrzymywania cywilnych żaglowców amerykańskich zatrudnionych na szlakach łączących Stany Zjednoczone z francuskimi posiadłościami w Indiach Zachodnich. Wkrótce zagarnięto 250 takich jednostek. Amerykanie żądali od swojego rządu odwetu w postaci wielkich ceł na statki i towary brytyjskie oraz konfiskaty długów amerykańskich wobec kupców brytyjskich. Oznaczałoby to jednak wojnę w sytuacji, gdy trzy czwarte handlu zagranicznego USA odbywało się właśnie z Wielką Brytanią, a cło na towary brytyjskie (które po rozpoczęciu działań wojennych oczywiście przestałyby płynąć) zapewniało największe wpływy do budżetu rządu federalnego. Dlatego prezydent John Adams wysłał 16. 04. 1794 r.do Londynu posła pełnomocnego, prezesa Sądu Najwyższego, Johna Jaya, który zawarł w listopadzie 1794 r. traktat z Wielką Brytanią. Jego ustalenia ujawniono w USA dopiero wiosną następnego roku. Traktat Jaya został uznany przez amerykańską opinię publiczną za klęskę Stanów Zjednoczonych. Nie ulega wątpliwości, że zatwierdzał przede wszystkim brytyjską interpretację genezy konfliktu, podtrzymywał blokadę Francji i jej kolonii przez Anglików oraz angielską wykładnię kontrabandy, a jedynym ustępstwem wobec Amerykanów było dopuszczenie ich statków do przewozu towarów między brytyjskimi posiadłościami w Indiach Wschodnich i Zachodnich a Stanami Zjednoczonymi. Miał jednak tę zaletę, że tymczasem zażegnał wybuch wojny między oboma państwami.