Operacja „Anakonda” cz. I

 


Michał Fiszer, Jerzy Gruszczyński


 

 

 


Operacja „Anakonda”

 

cz.I

 

 

Bitwa w Dolinie Shah-e-Kot, przeprowadzona w wyniku podjęcia operacji  „Anakonda”, stoczona w marcu 2002 roku, była pierwszym poważniejszym starciem lądowych wojsk amerykańskich z  przeciwnikiem od czasu „Pustynnej Burzy”. Była to też pierwsza większa bitwa obecnej wojny w Afganistanie. Dziś w  Pentagonie nikt jednak nie chce pamiętać o tym niezbyt udanym debiucie.

 
 
 

Enduring Freedom
7 października 2001 roku rozpoczęła się operacja „Enduring Freedom”, ukierunkowana początkowo na wsparcie afganistańskiej opozycji – Sojuszu Północnego, w walce tego ugrupowania z talibami. Spodziewano się, że gdy talibowie zostaną pokonani przez Sojusz Północny to zaistnieją warunki do schwytania lub zabicia Osamy Bin Ladena i rozbicia Al-Kaidy. Amerykański udział miał się ograniczyć do wsparcia powietrznego i obecności żołnierzy sił specjalnych, którzy mieli organizować i wspierać fachową radą oddziały Sojuszu Północnego oraz oficerów wywiadu wojskowego (DIA) i narodowego (CIA) – mieli oni  organizować siatki informatorów zbierających informację o Al-Kaidzie i jej przywódcach oraz o talibach. Początkowo wszystko działało nadspodziewanie dobrze. Sojusz Północny szybko zaczął zdobywać przewagę, spychając talibów na południowy wschód kraju, gdzie mogli oni liczyć na największe poparcie miejscowej ludności. 13 listopada padł Kabul, a 6 grudnia – Kandahar, ostatnie duże miasto w rękach talibów. W grudniu bojownicy Al-Kaidy i resztki talibów ukryli się w okolicach Tora Bora, skąd zbiegli do Pakistanu. Pakistańskie wojsko schwytało ok. 300 członków Al-Kaidy, ale ponad 1000, w tym Osama Bin Laden, zdołało się ukryć w Pakistanie, przy granicy z Afganistanem, w rejonie nie całkiem kontrolowanym przez pakistańskie władze. We wschodniej części Afganistanu Amerykanie i Brytyjczycy, którzy także wzięli udział we wstępnej fazie operacji „Enduring Freedom”, natrafili na nieprzychylną im ludność, sprzyjającą talibom i Al- Kaidzie. W dodatku teren wschodniego Afganistanu stanowił wielkie wyzwanie dla działań wojsk lądowych, a nawet sił specjalnych. Były to tereny wysokogórskie. W początkowym okresie Amerykanie wprowadzili niezwykle skomplikowaną strukturę dowodzenia swoich sił w Afganistanie. Za bałagan ten odpowiadał głównie ówczesny sekretarz obrony Donald Rumsfeld. Cywilny szef amerykańskich sił zbrojnych uważał, że dowodzący generałowie, a szczególnie generałowie Wojsk Lądowych, są zbyt ograniczeni i mają zbyt konserwatywne poglądy, by dostosować siły zbrojne do wyzwań XXI wieku. Rumsfeld uważał się za wybitnego specjalistę w dziedzinie nowoczesnej sztuki wojennej i był przekonany, że nowoczesna wojna będzie wymagała całkowicie odmiennego podejścia. Właśnie tak miała zostać przeprowadzona operacja „Enduring Freedom”, w której uczestniczyć miały po raz pierwszy siły i środki należące do różnych agencji rządowych, wojska i instytucji cywilnych, przy minimalnym użyciu regularnych sił lądowych. Rumsfeld uważał konwencjonalne siły lądowe za niemal całkowicie zbędne, a szczególnie nie widział sensu w utrzymywaniu ciężkich dywizji pancernych i zmechanizowanych. Całkowicie ignorując wieloletnie doświadczenie wojskowe generałów, teoretyk Rumsfeld miał swoją wizję i zaczął ją realizować w Afganistanie. Jego cudowne pomysły właśnie omal nie doprowadziły do katastrofy operacji „Anakonda”. Ówczesna struktura dowodzenia sił w Afganistanie to efekt przekonania Rumsfelda, że w erze informacyjnej różne dowództwa ulokowane w dowolnym punkcie globu mogą pewnie kierować działaniami podległych sił i koordynować swoje wysiłki, z odległości nawet kilku tysięcy kilometrów. To, co być może sprawdzało się w administracji cywilnej ze skomplikowanym systemem urzędniczych powiązań, w twardej rzeczywistości pola walki okazało się być jednym wielkim nieporozumieniem.

 

Pełna wersja artykułu w magazynie Poligon 4/2009

Wróć

Koszyk
Facebook
Tweety uytkownika @NTWojskowa Twitter