Pancerniki kontra lotniskowce

Sławomir J. Lipiecki
Jednym z ulubionych twierdzeń, „speców” od historii morskiej występujących w mass mediach jest, iż 7 kwietnia 1945 roku (zatopienie „Yamato”), to „kres ery pancernika”.
Dlaczego nie jest nim na przykład 14 października 1939 roku (zatopienie HMS Royal Oak przez U 47), względnie 12 kwietnia 1904 roku (rosyjski Pietropawłowsk tonie na japońskiej minie) oraz, dlaczego 9 czerwca 1940 roku (zatopienie HMS Glorious przez pancerniki Scharnhorst i Gneisenau), względnie 29 listopada 1944 roku (torpedy okrętu podwodnego USS Archerfish posyłają na dno Shinano), tudzież 25 października 1944 roku (pancernik Nagato i krążownik liniowy Kongo niszczą USS Gambier Bay) nie uznają oni za „kres ery lotniskowca”, tego tak po prawdzie nie wiadomo (…)
Mit „Końca ery pancerników”
W istocie, pancerniki nigdy nie zostały wyparte przez lotniskowce. Co prawda te drugie mogły niegdyś razić cele znacznie bardziej oddalone, mając przy tym nieco leprze możliwości ich poszukiwania, ale w nocy lub podczas sztormu czy w warunkach arktycznych nie były w stanie prowadzić operacji lotniczych. Tymczasem okręty pozostałych klas, w tym pancerniki, radziły sobie wówczas doskonale. Wielkie okręty artyleryjskie zniknęły na dłuższy czas ze składu flot, ponieważ całkowicie zmieniła się doktryna. Co więcej, nie stało się to nagle, ale działo się stopniowo, praktycznie od wybuchu pierwszej wojny światowej.
Bitwa jutlandzka jednoznacznie wykazała, że obowiązująca do tamtego czasu mahanowska doktryna „pływających fortec” (będąca nierozerwalną częścią tzw. „Nawalizmu”, czyli amerykańskiego „The blue water strategy”) nie sprawdza się. Pancerniki budowane wówczas tylko w jednym celu – stoczenia tzw. „decydującej bitwy” z analogicznymi jednostkami przeciwnika – nie były zdolne zakończyć czy nawet skrócić działań wojennych. Nawet, gdyby podczas bitwy jutlandzkiej zniszczona została większość pancerników niemieckich lub brytyjskich, jest niemal pewne, że nie miałoby to większego znaczenia w kontekście przebiegu całej wojny.
Tym samym pancerniki, będące do tamtej pory trzonem floty, traciły na znaczeniu, ale nie z uwagi na lotniskowce (których nawet jeszcze wówczas nie było), ale z powodu wypierania ich przez nowe, dużo tańsze w budowie i eksploatacji klasy okrętów, które wspólnie potrafiły wykonywać podstawowe zadania, w myśl bardziej aktywnej doktryny sir Juliana Corbetta – tzw. „kontroli morza”.
Nie dziwi zatem fakt, że koniec lat 20. i pierwsza dekada lat 30. XX wieku, to okres licznych programów modernizacyjnych, przeprowadzanych na najnowszych pancernikach, tak by mogły one wkomponować się w nowe realia prowadzenia działań wojennych na morzu. Od tamtego czasu, okręt liniowy pozostał liniowym już tylko z nazwy. Pancerniki stały się niezwykle skomplikowane, kosztowne i m.in. z tego powodu zaczęły być coraz mniej liczne (pomijając traktaty rozbrojeniowe). Co najważniejsze, zadania jakie miały wykonywać objęły bardzo szerokie spectrum (oprócz oryginalnej roli jednostek do walki z okrętami liniowymi wroga, przejęły funkcję krążowników i monitorów, a wkrótce także stały się jednostkami mobilnej obrony przeciwlotniczej).
Oczywiście nie wszystkie pancerniki udało się zmodernizować w zadowalający sposób, a nawet niektóre nowo budowane pod koniec lat 30. XX wieku wciąż były koncepcyjnie przestarzałe (włącznie z japońskimi Yamato i Musashi). Tym niemniej, rozwój dawnych okrętów liniowych dalece odbiegał od ich pierwotnej roli, kierując się bardziej w stronę niezwykle dużych krążowników i w tym kontekście nie mogły zostać w żaden sposób wyparte przez lotniskowce.
Sam lotniskowiec wypełnił ostatnią „lukę w systemie”, która pojawiła się wraz z nastaniem ery nowoczesnej wojny morskiej, czyli dokończył to, co zapoczątkowało wprowadzenie torped i okrętów podwodnych. Być może w US Navy i Cesarskiej Flocie Japonii był swego rodzajem trzonem floty uderzeniowej (bo tak się w XX wieku złożyło, że oddziały lądowe działały znacznie sprawniej, gdy miały wsparcie z powietrza), ale absolutnie nie był w stanie całkowicie sprostać zadaniom ani dawnych flot liniowych, ani pancerników nowożytnych, działających w systemie na akwenach niebezpiecznych. Nie nadaje się na przykład do utrzymywania blokady (tzw. „opanowanie akwenu”) m.in. ze względu na zagrożenie ze strony okrętów podwodnych lub min, a to jest, było i będzie podstawowym zadaniem każdej floty. Za to wpasował się tu, gdzie okręty podwodne mają niewiele do powiedzenia, czyli do zadań osłonowych i wsparcia operacji desantowych. W tym jednak aspekcie z biegiem lat pancerniki okazały się dalece skuteczniejsze i – co nie jest dziś bez znaczenia – o wiele tańsze w eksploatacji (o czym później).
Obecnie lotniskowiec to po prostu arcykosztowne, mobilne lotnisko, z którego najczęściej udziela się wsparcia oddziałom piechoty walczącej na lądzie lub desantującej się (rola w połączonych operacjach). Oczywiście z racji licznych niebezpieczeństw grożących jednostce tej klasy, działa ona w systemie, w towarzystwie licznych okrętów eskorty. Tymczasem na morzu niepodzielnie królują okręty podwodne, które przejęły od pancerników dużą część zadań (w tym także te, będące domeną jednostek o znaczeniu strategicznym, m.in. z uwagi na wyrzutnie rakiet balistycznych lub możliwość odpalania pocisków manewrujących z głowicami termonuklearnymi W80). Z kolei niszczyciele i – coraz rzadziej dziś spotykane – krążowniki z systemem AEGIS spełniają w pierwszej kolejności rolę ZOP oraz obrony przeciwlotniczej dalekiego, średniego i bliskiego zasięgu (tzw. „obrona strefowa”), a od niedawna także przeciwbalistycznej, zgodnie z programem BMD (Ballistic Missile Defence).
Żadna z tych jednostek nie jest odporna na uszkodzenia, uniwersalna w pełnym tego słowa znaczeniu, ani nie jest zdolna w satysfakcjonujący sposób zapewnić wsparcia siłom desantu oraz zabezpieczyć operacje prowadzone w głębi lądu. Czy nadszedł czas na powrót pancerników? A jeśli tak, to w jakiej formie i za jaką cenę? Nim postaramy się odpowiedzieć na to pytanie, prześledźmy po krótce historię rozwoju zarówno jednostek tej klasy, jak i „konkurencyjnych” lotniskowców.
Pełna wersja artykułu w magazynie MSiO Numer Specjalny 2/2016