Pancerniki kontra lotniskowce

Sławomir J. Lipiecki
Ostateczne wycofanie ze służby pancerników typu Iowa postawiło US Navy w bardzo trudnej sytuacji. Tym samym NATO nie dysponuje obecnie okrętami, mogącymi w tani i szybki sposób zapewnić w pełni efektywne wsparcie ogniowe oddziałom walczącym na lądzie.
Sytuacja ta wpłynęła bezpośrednio na przyśpieszenie prac nad artylerią przyszłości – AGS (Advanced Gun System) oraz armatami elektromagnetycznymi. Broń ta ma realną szansę stać się w ciągu najbliższej dekady podstawowym orężem czołowych potęg morskich na świecie, odsyłając do lamusa tradycyjne jednostki rakietowe.
Miejsce pancernika na współczesnym polu walki
Niektórzy twierdzą, iż rezygnacja z powojennej budowy pancerników dowodzi, iż okręty te nie sprawdzałyby się na nowoczesnym polu walki, a ich pancerz nie jest odporny na ataki rakietowe tudzież atomowe. Jest to oczywista nieprawda.
Można nas trafiać – zdajemy sobie z tego sprawę. Jestem przekonany, że nawet w wypadku wielu trafień bylibyśmy w stanie kontynuować walkę – komandor por. Jerry Blesch, pierwszy oficer pancernika USS Wisconsin (BB-64)
Poza tym tak się składa, iż omalże ten sam los nie spotkał także wszystkich amerykańskich lotniskowców. Powstałe głównie na bazie armijnego lotnictwa US Air Force twierdziło, iż w świetle doświadczeń wojny najważniejsze są ciężkie bombowce, uzbrojone w broń nuklearną, bądź „inteligentną”. Było to na tyle przekonujące, iż Kongres drastycznie zmniejszył fundusze na Marynarkę Wojenną, co wymusiło zaprzestanie budowy praktycznie wszystkich pancerników i lotniskowców. Potem, US Navy udało się uzyskać zwiększenie budżetu, tyle że niewystarczająco do pokrycia wszystkich potrzeb, dlatego do rezerwy wycofano nie tylko większość starszych pancerników, ale i lotniskowców.
Długo zastanawiano się, jaki okręt najlepiej wypełni wyzwania stawiane przez przyszłość. Początkowo wszystko wskazywało na pancernik uzbrojony w rakiety. Pierwotne obawy związane z „łatwością trafienia” tych wielkich jednostek oraz ich rzekomej wrażliwości na pociski rakietowe i atomowe nie znalazły potwierdzenia w praktyce – okręty liniowe wykazały wielką odporność na skutki wybuchu jądrowego, a lotniskowce nikłą lub żadną. Przykład USS Nevada (BB-36) udowodnił ponadto, że pancerz skutecznie chroni te jednostki przed rakietami przeciwokrętowymi, nawet tymi najcięższymi. Poza tym głowice odłamkowe, nawet jeśli uszkodziłyby część radioelektroniki, nie były w stanie wyłączyć pancernika z walki, z uwagi na to, że duża część jego urządzeń kierowania ogniem była optyczna, kontrolowana analogowo (mechanicznie). Żadna inna klasa okrętu nie dysponowała ponadto taką liczbą dalocelowników i innych urządzeń kontroli ognia (dublowanie systemów).
Prototypową jednostką miał być USS Kentucky, nieukończony pancernik typu Iowa. Jednak ostatecznie zdecydowano się postawić na lotniskowce, jako okręty dużo łatwiejsze i tańsze w projekcie oraz budowie. Co prawda samoloty stawały się coraz bardziej kosztowne, ale ich modernizacja wciąż jeszcze była tańsza, niż analogiczna operacja przeprowadzona na pancerniku. Pociski rakietowe i ich wyrzutnie dalekie były od doskonałości, były ponadto urządzeniami o sporych gabarytach i nie mogły w żaden sposób zastąpić artylerii głównej okrętów liniowych, ani tym bardziej jej uzupełnić (choćby z braku miejsca). W związku z tym samoloty nadal dysponowały większym zasięgiem uderzenia od armat pancernika (wówczas samosterujące rakiety pokroju BGM-109 Tomahawk pozostawały w sferze marzeń fantastyczno-naukowych). Ponadto wymiana samolotów na nowocześniejsze kosztowała zdecydowanie mniej, niż budowa nowego okrętu liniowego, co w pewnym stopniu niwelowało wysoki koszt utrzymania lotniskowca i jego bardzo licznego personelu pokładowego.
Warto przy tym zauważyć, że to właśnie koszty utrzymania sprawiły, iż tylko US Navy dysponowała w latach 60. i 80. XX wieku pancernikami. Reaktywowane kilkukrotnie okręty liniowe typu Iowa rzeczywiście były w swoim czasie najpotężniejszymi okrętami na świecie, jednak przez ekspertów oceniano je jako tzw. „nadmierny luksus”, gdyż większość operacji mogły za nie wykonać liczne i przy tym znacznie tańsze krążowniki lub niszczyciele z systemem AEGIS, zaś w charakterze jądrowej broni odstraszającej bardziej dopatrywano się okrętów podwodnych klasy SSBN typu Ohio i strategicznych bombowców klasy Stealth typu B-2 Spirit.
Oczywiście uzbrojony w pełen pakiet broni jądrowej pancernik (teoretycznie 32 pociski manewrujące Tomahawk w wersji TLAM-N z termonuklearną głowicą W80 o mocy 200 kt każdy i nawet do 12 nuklearnych pocisków artylerii głównej kalibru 406 mm Mk-23 KATIE z taktyczną głowicą uranową o mocy około 20 kt każdy) będzie niewiarygodnie groźnym przeciwnikiem dla każdego państwa. W byłym ZSRR z całego arsenału USA obawiano się jedynie pancerników typu Iowa (!) Sam admirał Siergiej Gorszkow, będący wówczas dowódcą floty, przyznał później, że Związek Radziecki nie dysponował żadną bronią umożliwiającą obronę własnych wybrzeży przed atakiem jądrowym przeprowadzonym przez pancerniki za pomocą pocisków artyleryjskich Mk-23 KATIE. Co więcej, każdy samolot czy rakietę można zestrzelić tudzież zakłócić – pocisku artyleryjskiego raczej nie da się zestrzelić (lub jest to bardzo trudne), szczególnie gdy co około minutę w stronę celu szybuje ich aż dziewięć!
Artyleria główna 16” Mark 7/50 dysponuje ogromną siłą ognia i bardzo dużym zasięgiem skutecznym – największym we flocie. Szesnastocalówki strzelają pociskami odłamkowo-burzącymi o różnym przeznaczeniu lub przeciwpancernymi o masie 1225 kg. Chyba nie ma obecnie jednostki na świecie zdolnej wytrzymać trafienie takim pociskiem. To po prostu niemożliwe… – porucznik Charles Phillip, officer artylerii pancernika USS Wisconsin (BB-64).
Tymczasem doszliśmy do czasów, gdy Marynarka Wojenna osiągnęła przewagę nad lotnictwem. Dziś samolot nie stanowi już tak realnej groźby dla większości nowoczesnych okrętów, jak jeszcze niespełna 30 czy 40 lat temu.
Pełna wersja artykułu w magazynie MSiO 5-6/2016