Perypetie Stephana, czyli jak fajnie jest za Odrą
Chciałbym podzielić się z Wami pewną historią, po części śmieszną, po części straszną. Po przeprowadzce za Odrę zacząłem tęsknić za strzelecką pasją, toteż zapisałem się w Niemczech do klubu strzeleckiego. Przełamawszy pierwsze lody z klubowiczami z Nadrenii, podzieliłem się z nimi swoimi dotychczasowymi doświadczeniami. Koledzy okazali zachwyt graniczący z ekstazą, kiedy wspomniałem im, co oferują polskie strzelnice komercyjne. Pod wpływem oglądanych regularnie zdjęć z moich albumów spora ich grupa zapaliła się też do weekendowego wyjazdu do Polski.
Opowiem Wam, jak to się skończyło. Kiedy przyszło co do czego (przede wszystkim ustalenia terminu), koledzy jeden po drugim zaczęli się wykruszać. Wtedy jeszcze niczego nie podejrzewałem, więc pomyślałem, że daty im nie pasują (potem miało się okazać, że powód był zupełnie inny). Niemniej jeden zapaleniec – Stephan – naprawdę się uparł. Ogarnięty irytacją, że najpierw zawracano mi głowę, a potem wystawiono grupowo do wiatru, też się zawziąłem, że wyskoczę do Polski choćby i z jednym człowiekiem, więc dopiąłem wszystko i polecieliśmy na dwa dni w opolskie.
Wiecie jak jest na strzelnicach w Polsce, więc o wyborze broni, cenach czy regulaminach nie będę Wam wspominał, opowiem za to o pewnych strasznych występkach, za które miano nam potem w Nadrenii zmyć głowy.
Po pierwsze, w Niemczech ze strzelnic nie mogą korzystać dzieci (prawo ściśle to reguluje, dopuszczając młodzież w pewnych przedziałach wieku do pewnych rodzajówi broni małokalibrowej). Zachwycony widokiem nie tylko pięknych kobiet z kałasznikowami, ale i uzbrojonych dzieci, Stephan, nie bacząc na RODO, zrobił dyskretnie kilka zdjęć i wysłał je na zamkniętą grupę członków nadreńskiego klubu na WhatsApp. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że minutę później kilku leśnych dziadków z klubu dozna na widok tych dzieci wstrząsu przedzawałowego... A to, jak się potem okazało, był dopiero początek!
Musicie bowiem wiedzieć, że w Niemczech nielegalne są tarcze w kształcie humanoidalnym (nawet ten nieszczęsny Francuz, który w DE zapewne kojarzy się z prezydentem Macronem, a do przyjaciela pani kanclerz nie powinno się strzelać). My, co gorsza, strzelaliśmy do fotorealistycznych tarcz z terrorystami i zakładnikami, a potem Stephan wysłał na grupę stosowne zdjęcie. Minutę później kilku członków klubu, przerażonych, że stosowne służby już ich namierzyły w sieci i zaraz zaczną odbierać pozwolenia na broń (ale my tego jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy), wypisało się z tej grupy.
Nieświadome, zbrodnicze ekscesy trwały zatem dalej i na grupę poleciało szokujące zdjęcie Skorpiona EVO 3 w rękach Stephana. Tyle że był to peem z laserowym celownikiem! Musicie wiedzieć, że w Niemczech laserowe celowniki są nielegalne: to element wyposażenia, który w założeniu potrzebny jest tylko służbom, a jeśli ktoś nie należy do służb, to taki celownik może wykorzystać jedynie w celach kryminalnych, więc lepiej, żeby cywilny strzelec w Niemczech nawet nie wiedział, że coś takiego istnieje! Od tego momentu na grupie się zagotowało, sypnęło wpisami, żeby natychmiast to bezeceństwo pokasować, że oni tego nie chcą oglądać, że im się to bezprawnie na telefony powgrywało, a to dowody na łamanie prawa! Stephan, który jest niezłym zgrywusem, na sam koniec posłał w sieć fotkę swojego Francuza, w którego wpakował pięć naboi trapowych z Mossberga, ale opisał to zdjęcie jako efekt ostrzału z małokalibrowej broni maszynowej. Ci członkowie klubu, którzy nie zemdleli, odpisali, że takie zdjęcie może być użyte przeciwko nam w postępowaniu antyterrorystycznym…
Kiedy my wsiadaliśmy następnego dnia do samolotu we Wrocławiu, zarząd klubu już się zbierał na posiedzeniu mającym zadecydować o naszych losach, a rozzłoszczony wpisami kolegów Stephan wcale nam nie ułatwiał sprawy, przyrównując członków klubu do związku hodowców rasowych królików, a nie miłośników broni.
Pełna wersja artykułu w magazynie Strzał 9-10/2018