Pistolety Rugera serii P
Leszek Erenfeicht
Cegły ze spustem:
Pistolety Rugera serii P
W pierwszej połowie lat 80. amerykańska armia poszukiwała nowego pistoletu kalibru 9 mm, co obudziło zainteresowanie konstrukcjami Cudownymi Dziewiątkami w Ameryce. Swoich sił w tej dziedzinie próbowało wielu konstruktorów i producentów – nie mogło wśród nich zabraknąć Billa Rugera, człowieka, który – można powiedzieć bez większej przesady – zrewolucjonizował amerykański przemysł strzelecki, wprowadzając pierwsze nowoczesne konstrukcje broni cywilnej bez korzeni tkwiących przed pierwszą wojną światową.

William Batterman „Bill” Ruger (1916 – 2002), syn zamożnego nowojorskiego prawnika, miał iść w ślady ojca, ale od najmłodszych lat ciągnęło go do broni. Swój pierwszy własny karabin, Remingtona 12 kalibru .22, dostał od ojca na 12. urodziny. Zanim skończył 20 lat, miał kilkanaście karabinów, w tym dwa maszynowe – młody Ruger był stracony dla palestry zanim jeszcze poszedł na studia prawnicze. Tam w wolnych chwilach pracował w urządzonym własnym staraniem warsztacie rusznikarskim, aż w 1938 roku porzucił studia i zajął się konstruowaniem broni. Pracował w arsenale w Springfield, gdzie poznał Johna Garanda, potem przez większość wojny w zakładach Auto-Ordnance w Bridgeport, gdzie skonstruował własny karabin maszynowy – odrzucony przez wojsko. W 1945 roku odszedł z A-O, by w następnym roku założyć Ruger Corporation – małą fabryczkę w Southport, Connecticut, dostarczającą wyroby metalowe dla okolicznego przemysłu – i szykować projekt pistoletu samopowtarzalnego kalibru .22 podobnego do japońskiego Nambu. Rok później firma zbankrutowała i Ruger raz jeszcze zaczynał od nowa. W 1949 roku znalazł człowieka gotowego zainwestować pieniądze w jego pistolet. Był nim 28-letni Alexander McCormick Sturm, absolwent Yale, w czasie wojny oficer OSS, potem pisarz, plastyk, aktor, reżyser – a przede wszystkim entuzjasta broni i dziedzic sporej fortuny, żonaty z wnuczką prezydenta Theodora Roosevelta.Panowie założyli spółkę Sturm, Ruger & Company i przystąpili do działania, choć stare firmy rusznikarskie z Nowej Anglii: Colt, Marlin, High Standard i S&W wieszczyły im krótki żywot na rynku. Po poprzedniej, jak i po tej wojnie światowej przyszły ciężkie czasy dla branży. Rząd rzucał na rynek olbrzymie ilości broni zakupionej, ale już niepotrzebnej, a każdy żołnierz przemycał w worku i sprzedawał za psi pieniądz najlepsze wyroby przemysłu zbrojeniowego Europy. Niezrażeni tym wspólnicy wprowadzili się do słynnej dziś „czerwonej szopy” przy Station Street w Southport i zaczęli najmować pierwszych pracowników. Czerwień ścian budynku stała się firmowym kolorem S, R & Co., której logo, orła z monogramem SR na piersi zaprojektował Sturm, zapalony heraldyk. 10 sierpnia 1949 roku Ruger złożył wniosek patentowy na swój pistolet, a przed Gwiazdką pierwsze z 2500 pistoletów Mk I pierwszej serii trafiły do odważnych, którzy w ciemno zamówili je z ogłoszenia w „American Rifleman”. Już na wiosnę 1950 roku dołączyły zamówienia hurtowe. Sturm nie nacieszył się jednak długo sukcesem swej inwestycji. Jesienią 1951 roku zapadł na wirusowe zapalenie wątroby i zmarł, a Ruger na znak żałoby zmienił kolor znaku firmowego na czarny. W kolejnych latach firma rozwijała się, dodając do oferty rewolwery, potem broń długą i strzelby. Pistolet Mk I, dziś już w kolejnych wcieleniach, jako Mk III i Ruger .22/45, jest nadal obecny w ofercie.
Firma Sturm Ruger & Company zbudowała swoją reputację sprzedając zwykłym ludziom broń dobrej jakości za uczciwe pieniądze – co czasem oznaczało ułamki ceny konkurencji. Naczelną zasadą firmy było, by nie wypuszczać na rynek czegoś, czego musieliby się wstydzić – a jeśli już się zdarzy, to naprawić błąd szybko i na własny koszt. Tajemnica niskich kosztów Rugera nie leżała przy tym w nieludzkim żyłowaniu produkcji, ale w umiejętnym stosowaniu najnowocześniejszych technologii. To on jako pierwszy w Ameryce wprowadził do produkcji broni na większą skalę odlewy precyzyjne, to on był jednym z pierwszych, którzy postawili na obrabiarki sterowane numerycznie. Trochę spóźnił się tylko z zastosowaniem polimerowychszkieletów, czekając do 1995 roku – ale jego najważniejszej klienteli, małomiasteczkowym i wiejskim redneckom z amerykańskiego interioru też sięspecjalnie do nich nie spieszyło. Oferował produkty, na których nie musiał się dorabiać z dnia na dzień, godne zaufania, i takie, które jak już wreszcie trafiły na rynek, to z reguły robiły furorę. Z pogodą ducha akceptował wieczne czwarte miejsce za Wielką Trójką (Coltem, S&W i Remingtonem). Nie musiał się ścigać i nie chciał, a jako jedyny z czołówki rynku oferował pod jednym dachem wszystko, czego mógł oczekiwać klient. Miał pistolety małokalibrowe, miał rewolwery wszelkich kalibrów, nawet odprzodowe, miał karabinki bocznego zapłonu jednostrzałowe, powtarzalne i samopowtarzalne, oferował sztucery jednostrzałowe i powtarzalne, karabin samopowtarzalny, nawet dubeltówki. Na początku lat 80. brakowało mu tylko jednego asortymentu – pistoletu samopowtarzalnego centralnego zapłonu.
Firma Sturm Ruger & Company zbudowała swoją reputację sprzedając zwykłym ludziom broń dobrej jakości za uczciwe pieniądze – co czasem oznaczało ułamki ceny konkurencji. Naczelną zasadą firmy było, by nie wypuszczać na rynek czegoś, czego musieliby się wstydzić – a jeśli już się zdarzy, to naprawić błąd szybko i na własny koszt. Tajemnica niskich kosztów Rugera nie leżała przy tym w nieludzkim żyłowaniu produkcji, ale w umiejętnym stosowaniu najnowocześniejszych technologii. To on jako pierwszy w Ameryce wprowadził do produkcji broni na większą skalę odlewy precyzyjne, to on był jednym z pierwszych, którzy postawili na obrabiarki sterowane numerycznie. Trochę spóźnił się tylko z zastosowaniem polimerowychszkieletów, czekając do 1995 roku – ale jego najważniejszej klienteli, małomiasteczkowym i wiejskim redneckom z amerykańskiego interioru też sięspecjalnie do nich nie spieszyło. Oferował produkty, na których nie musiał się dorabiać z dnia na dzień, godne zaufania, i takie, które jak już wreszcie trafiły na rynek, to z reguły robiły furorę. Z pogodą ducha akceptował wieczne czwarte miejsce za Wielką Trójką (Coltem, S&W i Remingtonem). Nie musiał się ścigać i nie chciał, a jako jedyny z czołówki rynku oferował pod jednym dachem wszystko, czego mógł oczekiwać klient. Miał pistolety małokalibrowe, miał rewolwery wszelkich kalibrów, nawet odprzodowe, miał karabinki bocznego zapłonu jednostrzałowe, powtarzalne i samopowtarzalne, oferował sztucery jednostrzałowe i powtarzalne, karabin samopowtarzalny, nawet dubeltówki. Na początku lat 80. brakowało mu tylko jednego asortymentu – pistoletu samopowtarzalnego centralnego zapłonu.
Pełna wersja artykułu w magazynie Strzał 11/2008