Powstańcze „rozpylacze”


LESZEK ERENFEICHT


 

 

 

 

Powstańcze „rozpylacze”

 

 

 

Siedemdziesiąt lat temu ludzie ryzykowali życiem, byle zdobyć „rozpylacz”, jak w gwarze konspiracyjnej nazywano pistolety maszynowe. Posiadacz Stena, pepeszy, czy empi to był gość – jak dziś hipster puszczający do dziewczyn zajączki iPhonem 5, 6, 7, czy ile tam. Nawet jeśli ich duma i przedmiot chwały był w większości przypadków bezużytecznym pożeraczem wiader amunicji w zamian za nader wątły pożytek.

 

1

 

No właśnie – jak to było z tym pożeraniem i jak wątły był to pożytek? Postanowiliśmy sprawdzić, a wyniki okazały się zaskakujące. Porównaliśmy ze sobą trzy najpopularniejsze peemy Powstania Warszawskiego: zrzutowego brytyjskiego Stena Mk II, zdobycznego niemieckiego empi (Maschinenpistole Modell 1940, MP 40) i radziecką pepeszę (Pistolet-Pulemiot Szpagina obr. 1941 g., PPSz-41), zdobywaną na wrogu, zrzucaną nocami przez „trajkotki” czyli samoloty U-2 zza Wisły, a także przyniesioną przez berlingowców. Czwartego w kolejności, konspiracyjnej Błyskawicy, niestety nie mieliśmy pod ręką strzelającego – jedyny znany nam działający egzemplarz w dobrym stanie jest w niewoli enpla z CLKP i nie ma do niego dostępu.

Trzy pozostałe modele okazały się być do dyspozycji na strzelnicy gdańskiego sklepu z bronią PHU Czapla, mieszczącej się w Lublewie Gdańskim. Ten powojskowy obiekt leżący rzut kamieniem od Trójmiasta cieszy się wielkim powodzeniem wśród organizatorów relaksu dla zagranicznych turystów – ale i rodaków można tam spotkać wielu. Michał Baran-Barański, z którego gościny nie skorzystaliśmy przy okazji testu karabinów wojny światowej podrzucił pomysł, by w takim razie do numeru drugowojennego zrobić test porównawczy powstańczych peemów i za jego sprawą znaleźliśmy się nad morzem.

Co do jakości tych trzech peemów krążą najróżniejsze opinie. Tradycyjnie empi (STRZAŁ 9/05) jest uważany za cud wcielony, broń doskonałą, nowoczesną i bardzo celną. Pepesza (STRZAŁ 6/03) przez jednych wychwalana za solidność budowy i nowoczesność, a jednocześnie prostotę technologii, przez innych jest lekceważona jako oręż niecelny i z racji wysokiej szybkostrzelności oraz energii naboju nagrzewający się przy strzelaniu tak, że ponoć można ostatnie pociski z długiej serii już w czapkę łapać, bo mu się lufa rozszerza. Ale jak na broń sowiecką przystało przynajmniej działa niezawodnie, gnijotsja – nie łamiotsja. No a Sten, wiadomo – blaszana tandeta z dwubruzdowym gwintem, co to za magazynek nie trzymać, bo się zatnie. Sam te opinie relacjonowałem (STRZAŁ 1/08), nie ma się co powtarzać. Praktyka, jak często, okazała się nieco odbiegać od u gruntowanych opinii. To znaczy, wywróciła je całkiem do góry nogami, przy okazji rozwiewając parę innych mitów.

Początkowo mieliśmy zamiar zacząć test od strzelania wolnym ogniem pojedynczym z broni opartej na worku z piaskiem do tarczy Ts-4 na 50 m, żeby ustalić potencjał celności naszej broni. Empi jednak w ogóle nie ma nastawy do ognia pojedynczego, więc strzelec koncentruje się bardziej na tym, żeby puścić spust po zwolnieniu zamka, niż na celowaniu. Z kolei pepesza trafiła się nam narowista – co 2–3 strzały popuszczała serią niezależnie od nastawy, czyniąc strzelcowi szpetną niespodziankę. Oględziny części nie wykazały nadmiernego zużycia współpracujących krawędzi, więc zapewne jest to skutek osłabienia sprężyny przerywacza lub zaczepu spustowego. Tak czy inaczej, nie było sensu kontynuować, bo tylko Sten działał w tej fazie jak należy – ale za to wymagał celowania w krawędź tarczy, żeby trafić w jej środek. Doszliśmy wobec tego do wniosku, że nie testujemy przecież karabinów snajperskich i nie ma się co wygłupiać. Cel zmieniliśmy na „francuza” Ts-9, odległość na bardziej praktyczne 30 metrów, a sposób strzelania na krótkie serie w postawie stojąc z bronią opartą o ramię.

 

Pełna wersja artykułu w magazynie Strzał Specjalny 5

Wróć

Koszyk
Facebook
Twitter