Radzieckie działa samobieżne 1945-1990 Cz. 1: haubice

Radzieckie działa samobieżne 1945-1990  Cz. 1:  haubice

Tomasz Szulc

Druga wojna światowa była czasem krystalizacji poglądów na temat kluczowej roli pojazdów pancernych w działaniach bojowych. Nawet, gdy później pojawiła się taktyczna broń jądrowa, te poglądy nie uległy znaczącym zmianom, gdyż pojazdy opancerzone okazały się najbardziej odpornymi na jej działanie. W czasie wojny, oprócz czołgów, na szeroką skalę używano opancerzonych dział samobieżnych. Konstrukcje takie powstawały i wcześniej, ale najwyraźniej nie potrafiono docenić ich zalet.

Prekursorami masowego użycia dział samobieżnych byli Niemcy, którzy szybko zauważyli, że na nośniku gąsienicowym określonego typu można umieścić albo wieżę z uzbrojeniem (tworząc czołg), albo większe o jeden „rozmiar” działo w pancernej kazamacie, albo działo większe o „dwa rozmiary” na odkrytej platformie. Mieli też do dyspozycji bardzo liczne starsze czołgi, które z oryginalnym uzbrojeniem nie mogły skutecznie walczyć. To właśnie ich użyto na dużą skalę do produkcji dział samobieżnych.

Armia Czerwona zetknęła się z takim przeciwnikiem w 1941 r. i dopiero wtedy doceniła zalety dział samobieżnych. Ponieważ jednak w pierwszych miesiącach wojny straciła większość swych lekkich czołgów, musiała budować je od podstaw, dzieląc zamówienia między czołgi i działa samobieżne. Były to przede wszystkim wspierające piechotę działa szturmowe, funkcjonujące często jako niszczyciele czołgów, a fakt instalowania na nich dział polowych kal. 76 mm oraz haubic kal. 122 mm wynikał z braku odpowiednich armat czołgowych. SU-122 na kadłubach T-34 były pierwszymi radzieckimi haubicami samobieżnymi.

Po wojnie Związek Radziecki mógł zmienić priorytety w zakresie dział samobieżnych. Nadal projektowano niszczyciele czołgów, ale stanowiły one raczej margines, gdyż radzieckie czołgi bez trudu radziły sobie z wozami bojowymi potencjalnego przeciwnika. Więcej uwagi poświęcono samobieżnym działom wsparcia oraz artylerii plot. Początkowo miały to być samobieżne armaty polowe (jak sławne SU-76, tyle, że większego kalibru), ale ponieważ w czasie wojny za najbardziej efektywną artylerię wsparcia uznawano haubice kal. 122 i 152 mm, to i takie działa postanowiono zamontować na nowych pojazdach. Armaty i haubice dużej mocy miały być produkowane w drugiej kolejności i w mniejszej liczbie, podobnie jak w przypadku artylerii holowanej. Miały być używane przez brygady i dywizje artylerii szczebla armii i frontu (nazywane w ZSRR artylerią odwodu naczelnego dowództwa). Oddzielną grupę stanowiła artyleria dla jednostek o wysokiej mobilności, czyli przede wszystkim wojsk powietrznodesantowych (WDW). W jej przypadku głównym wymogiem była możliwość transportu powietrznego i desantowania, co oznaczało poważne ograniczenia masy i gabarytów.

W pracach projektowych wykorzystywano rozwiązania opracowane przez konstruktorów niemieckich, szczególnie z końcowego okresu wojny. W ręce Rosjan wpadły liczne pojazdy prototypowe, ich dokumentacja, a nawet część konstruktorów. Na dodatek były to rozwiązania wyprzedzające zwykle swą epokę – lepsze i bardziej perspektywiczne od wszystkiego, co zdołali stworzyć w tej dziedzinie inżynierowie państw wielkiej koalicji.

Niemieckie konstrukcje z końca wojny nie bazowały już, oczywiście, na przestarzałych nośnikach czołgowych, wykorzystywano w nich albo układy jezdne najnowszych wówczas czołgów, albo tworzono nośniki dedykowane. Bodaj najciekawszymi były nośniki uniwersalne Waffenträger i Geschützwagen, na których można było montować różne działa. Jeśli chodzi o rozmieszczenie tych ostatnich, to Wehrmacht testował całą gamę rozwiązań: od zakrytych kazamat do pojazdów z obrotowymi wieżami. Część haubic była montowana na odkrytych platformach lekkich i czasem zupełnie miniaturowych nośnikach (np. firmy Ardelt). W przypadku dział większego kalibru eksperymentowano także z mechanizmami ułatwiającymi ładowanie oraz automatami ładowania. Samobieżne działa przeciwlotnicze także były bardzo różnorodne, poczynając od wielolufowych zestawów małokalibrowych, a na ciężkich armatach dużego kalibru kończąc.

Pełna wersja artykułu w magazynie Poligon 4/2017

Wróć

Koszyk
Facebook
Tweety uytkownika @NTWojskowa Twitter