Royal William

 


Krzysztof Gerlach


 

 

 

Royal William

 

Długowieczny olbrzym epoki żagla

 


Rzadko który okręt może poszczycić się 143 latami służby w jednej marynarce – i to nie w charakterze pomnika – chociaż, jak zobaczymy dalej, w przypadku angielskiego trójpokładowca Royal William część z tego „stażu” wynikała może z biurokratycznej fikcji, a większość przebiegła w bardzo mało spektakularny sposób. Niemniej kariera bojowa tego żaglowca była również imponująca, a przede wszystkim jest on godny uwagi pod względem konstrukcyjnym, z uwagi na liczne oraz ciekawe modernizacje.



 


Formalnie rzecz biorąc, losy przyszłego liniowca Royal William zaczęły się w 1666 r., wraz z położeniem stępki w Chatham pod 100-działowy trójpokładowiec o nazwie Royal Prince (zazwyczaj skracanej do Prince), który miał zastąpić chlubę floty angielskiej, poprzedniego Royal Prince – właśnie utraconego w czerwcu 1666 w Bitwie Czterodniowej. Projektantem nowego okrętu był Phineas Pett (drugi tego imienia z rozgałęzionej rodziny znamienitych szkutników). Budowany żaglowiec należał do grupy wielkich jednostek zamówionych w 1666 i 1667 r. na polecenie Karola II. Tylko nieznacznie ustępował słynnemu Sovereign of the Seas, którego koszt przyspieszył wcześniej koniec panowania Karola I i śmierć tego króla na szafocie. Nowy Royal Prince nie przyczynił kłopotów na taką skalę, chociaż jego budowa aż do dnia wodowania 3 grudnia 1670 pochłonęła ogromną na owe czasy sumę 23 851 funtów, a przecież do tego musiały potem dojść jeszcze niemałe wydatki na wyposażenie. Wymiary okrętu zamieszczone są w zbiorczej tabeli z uwagi na ich większą niż zazwyczaj istotność – wielokrotne przebudowy wiązały się często z modyfikacjami długości, szerokości i tonażu, trudnymi do realizacji w epoce jednostek drewnianych. Pod względem uzbrojenia, takielunku, rozłożenia pokładów, ozdób itp. Prince był typowym przedstawicielem swoich czasów. Oczywiście trzeba pamiętać, że mowa jest o specyficznej kategorii żaglowców – najbardziej prestiżowych, najsilniejszych, mających brać na siebie główne uderzenia przeciwników w bitwach, sławić potęgę i chwałę władcy. W ówczesnej Royal Navy budowa trójpokładowa oznaczała z reguły trzy ciągłe poziomy artyleryjskie, przykryte na dziobie i rufie krótszymi pokładami, ale najwyższa z tych ciągłych baterii była całkiem otwarta od góry na śródokręciu, zaś lekki pokład dziobowy o szczątkowych relingach nosił niewiele dział. Artyleria reprezentowała wszystkie zalety i wady tej broni w drugiej połowie XVII wieku – piękno, trwałość i lekkość armat z brązu (chociaż coraz mniej okrętów w nie wyposażano z uwagi na koszty i inne wady), niejednolitość systemów, przypadkowość doboru, słabe parametry taktyczne, czasem – jak i tu – zbyt duże masy największych pocisków. Według Ustalenia z 1677 r. – które mogło być jednakże częściowo katalogiem pobożnych życzeń – w czasie wojny na te 100 brązowych dział Royal Prince miało składać się 26 sztuk kanon o kalibrze 7 cali na pokładzie dolnym, 28 kolubryn na środkowym, 28 armat sześciofuntowych na górnym (w rzeczywistości niemal na pewno stały tu dziewięciofuntowe półkolubryny), podczas gdy całość uzupełniały „rarogi” (10 sztuk na pokładzie rufowym i cztery na dziobowym) oraz cztery trzyfuntówki na rufówce. Mamy zatem aż pięć różnych kalibrów – w rzeczywistości może nawet więcej – co nie ułatwiało logistyki. Ponadto nawet działa z tej samej grupy i baterii wcale nie były jednolite, różniąc się poważnie długością i masą. Przy ówczesnym poziomie metalurgii i cenach surowców artyleria okrętu składała się prawie zawsze ze sztuk rozmaitego pochodzenia, wytwarzanych w różnym czasie (niekiedy kilkadziesiąt lat wcześniej!), przez wielu wytwórców. Modelarze wyposażają swoje żaglowce w śliczne, błyszczące armaty wykonane z jednej sztancy, lecz to bajkowy świat piękna, a nie rzeczywistości. Takielunek Royal Prince również był typowy dla tamtych czasów, nie reprezentował żadnych ekstrawagancji, charakterystycznych dla jego słynnego poprzednika, Sovereign of the Seas. Na fokmaszcie i grotmaszcie od żagli dolnych po bramsle, na bezanmaszcie żagiel łaciński i marsel, zaś na bukszprycie żagiel pod- i nadbukszprytowy, tworzyły całość ożaglowania poza sztakslami. Te ostatnie rzadko są wspominane i jeszcze rzadziej umieszczane na ilustracjach, lecz można podejrzewać istnienie ster-, grot-, grotsten- i fokstensztaksla, aczkolwiek dopiero uczono się je wykorzystywać na dużych żaglowcach. Rozmieszczenie ław wantowych – dla głównych masztów pod środkową baterią działową, dla bezanmasztu pod furtami pokładu rufowego – także powtarzało standardy. Jako prestiżowy okręt w dobie rozkwitającego w Anglii baroku, Prince imponował współczesnym przepychem dekoracji. Pełnowymiarowa figura dziobowa przedstawiała nie typowego dla mniejszych jednostek lwa, lecz jeźdźca (księcia) na koniu, do którego prowadziło bardzo wiele mniejszych postaci i płaskorzeźb. Obfitość rzeźb na i pod butelkowatymi galeriami bocznymi (zwieńczonymi pióropuszem ze strusich piór) na podcięciach nawisu rufowego oraz wielkim panneau była typowa także dla innych okrętów pierwszej rangi, podobnie jak rzeźbione wieńce wokół furt górnego pokładu i szerokie pasy płaskorzeźb (lub malowanych dekoracji) między nimi. Łuk nadproża furty wejściowej wspierały dwie kariatydy, a baldachim nad dzwonem okrętowym – niesiony przez postaci żeńskie z dużymi biustami – składał się z rybich ciał. Na pokład dziobowy (zamknięty z przodu i z tyłu bogato zdobionymi grodziami) wiodły kręcone, upstrzone rzeźbami schody; podobne prowadziły na pokład rufowy i na pokład rufówki. Całkowicie pokryte reliefem kotbelki zasługiwały na swoją nazwę, jako że wieńczyły je wyrzeźbione kocie głowy. Z kolei ludzkie głowy spoglądały z pionowych pachołków kołkownic. Niektóre ozdoby były bardzo rzadkie nawet jak na okręt pierwszej rangi z czasów Karola II – na przykład na szczycie dziobnicy znajdowała się pełna – chociaż mała – figura lwa prężącego się do skoku, a kluzy otoczono bogatym ornamentem, który przecież musiał ulegać uszkodzeniom przy niemal każdym opuszczaniu lub wciąganiu liny kotwicznej.Pod względem technicznym Royal Prince nie okazał się już taki cudowny. Uniknął wprawdzie losu szwedzkiego Wasy, ale trapiły go podobne problemy – przeciążenie artylerią oraz za mała szerokość kadłuba, nie dająca ani wystarczającej stateczności, ani pływalności potrzebnej do wysokiego niesienia dolnych furt nad wodą. W rezultacie musiał przejść od razu proces zwany „opasywaniem”. W okolicach linii wodnej obudowano go dodatkowymi, grubymi na 16,5 cm pasami sosnowych klepek, co przy okazji zwiększyło tonaż.
 
 
Pełna wersja artykułu w magazynie MSiO 6/2011

Wróć

Koszyk
Facebook
Twitter