Ślepa uliczka: niemiecki km MG 39 Rh

 


Leszek Erenfeicht, Jan Skramoušský


 

 

 

Ślepa uliczka:

 

niemiecki km MG 39 Rh

 

 


Wojskowy Instytut Historyczny (Vojenský historický ústav) w Pradze ma w swej kolekcji wiele unikatowych egzemplarzy eksperymentalnych wzorów broni palnej, zarówno własnej czeskiej, jak i zagranicznej konstrukcji. Nawet wśród tych unikatów są jednak perły – należy do nich bez wątpienia MG 39 Rh.



 

 


Przez wiele lat uchodził za zaginiony w czasie wojny, znany jest nadal jedynie ze wzmianek w dokumentach dotyczących udziału w konkursie z roku 1937, który ostatecznie wygrał jego konkurent, późniejszy MG 42 (STRZAŁ 10/08). Mimo że niemiecka broń – zwłaszcza automatyczna – cieszy się niesłabnącym od lat zainteresowaniem, karabin ten, choć już od 1962 roku w zbiorach ogólnie dostępnego muzeum, a nie wojskowego instytutu badawczego, nie doczekał się dotąd opracowania w prasie i książkach zagranicznych. W samych Czechach też jakoś niespecjalnie wiele o nim napisano, poza artykułem w nieistniejącym już niestety „Střeleckým Magazínie”. Na Zachodzie usłyszano o jego istnieniu po upadku komunizmu, gdy praskie muzeum zapytało o bliższe dane niemieckich kolegów – a w odpowiedzi zapadła kłopotliwa cisza...

Przesądy światło ćmiące
Niemiecka szkoła konstrukcyjna broni strzeleckiej lat 20. i 30. charakteryzowała się irracjonalnym oporem przed konstrukcjami broni automatycznej funkcjonującej na zasadzie odprowadzenia gazów z przewodu lufy. Aż do wprowadzenia do uzbrojenia karabinu G.43 (STRZAŁ 6/09) niemieccy naukowcy i praktycy trzymali się dogmatu o rzekomo niekorzystnym wpływie wiercenia otworów w przewodzie lufy na przebieg procesów balistyki  wewnętrznej, a w rezultacie na celność i żywotność broni. Obalenie tego przesądu było wynikiem zmiany generacyjnej w szeregach najpoważniejszego klienta niemieckich firm zbrojeniowych, odrodzonego Wehrmachtu. Generałowie-teoretycy starej daty, za których życia balistyka stanęła na głowie i machnęła koziołka za sprawą nowych wynalazków wywracających dotychczasowe jej zasady na nice – od pocisków płaszczowych, przez proch bezdymny po pociski ostrołukowe – odeszli na emerytury. Zastąpili ich młodzi praktycy, którzy z pól Szampanii i Verdun aż za dobrze pamiętali, że francuskie cekaemy Hotchkissa działające na zasadzie odprowadzania gazów i chłodzone powietrzem w niczym nie ustępowały funkcjonalnością, praktyczną żywotnością i celnością niemieckim Maximom. Dopiero jednak remilitaryzacja Niemiec po dojściu do władzy Hitlera i przywrócenie w 1935 roku armii z poboru, a co za tym idzie  jej błyskawiczny przyrost liczbowy umożliwiły im przejęcie kontroli nad nią i jej zaopatrzeniem – w tym uzbrojeniem. Dopiero wtedy, ale też jeszcze z wielkim trudem, broń automatyczna napędzana gazami pobieranymi z przewodu lufy zaczęła się wreszcie przebijać do uzbrojenia Wehrmachtu. Jak daleka to była droga i jakie opory napotykała wciąż na niej świadczy  historia G.41, który był wprawdzie uruchamiany gazami, ale też jeszcze nie pozwolono wywiercić w jego lufie otworu do ich pobierania.

Nie znaczy to jednak, że zacofanie HWA udzieliło się przemysłowi – wręcz przeciwnie, do wszystkich konkursów dotyczących broni automatycznej zgłaszały się firmy, oferujące karabiny z odprowadzeniem gazów. Brak doświadczenia w tworzeniu tego typu konstrukcji w połączeniu z przysłowiowym niemieckim szukaniem dziury w całym i skłonnością do komplikowania sobie życia bez potrzeby  owocował wieloma chybionymi pomysłami. Jak już Walther zrobił A.115 (STRZAŁ 6/09) z otworem w lufie, to musiał ich wywiercić dwa, średnicy 2 mm i użyć tłoka pierścieniowego – zupełnie jakby bardzo chciał udowodnić, że to się nie może udać. Vollmer w swoim A.35 (STRZAŁ 4/06), pierwszym na świecie udanym karabinie automatycznym strzelającym specjalnie zaprojektowanym nabojem pośrednim zastosował układ gazowy tak zagmatwany (tłok gazowy obejmujący lufę, pchany w przód, którego ruch do przodu był zamieniany przez dwuramienną dźwignię na  ruch suwadła do tyłu), że rezygnacja z wprowadzenia tej komplikacji w broni do polowego użytku sama się narzucała. Na tym tle propozycja firmy Rheinmetall na konkurs karabinów maszynowych z roku 1938 wyglądała znacznie dojrzalej i rozsądniej.


Pełna wersja artykułu w magazynie Strzał 11/2009

Wróć

Koszyk
Facebook
Twitter