Trzeci dzień wojny III/4 Dywizjonu Myśliwskiego – 3 września 1939 roku
Łukasz Łydżba
Po interwencji naziemnej 2 września 1939 roku toruński III/4 Dywizjon stracił cztery samoloty wraz z zaginionymi pilotami. Koledzy nie znali ich losu. Nie mogło tego zrekompensować zgłoszenie zestrzelenia siedmiu Dornierów Do 17. Mimo to piloci rwali się do walki. Nadchodzący dzień przyniósł kilka kolejnych zwycięstw.
3 września 1939 roku III/4 Dywizjon stacjonował dalej na lotnisku Markowo (koło miejscowości Lipie), dysponując 17 myśliwcami i jednym RWD 8. W nocy z 2 na 3 września kpt. pil. Tadeusz Rolski pojechał do Sztabu Armii „Pomorze”, gdzie został oficjalnie mianowany dowódcą III/4 Dywizjonu w miejsce poległego kpt. pil. Floriana Laskowskiego. Tadeusz Rolski tak opisał otrzymane tam rozkazy oraz pierwsze poranne zadania:
Będąc w nocy w sztabie otrzymałem dla d-onu pochwałę od D-cy Armii Gen. Bortnowskiego i D-cy Lotn. N.W. w słowach „Bohaterskiemu Dywizjonowi Cześć”. Byłem szczęśliwy, że należałem do tego d-onu i że okoliczności pozwoliły mi nim dowodzić. Było to dla … tego D-onu jeszcze większym bodźcem do dania z siebie wszystkich sił, dla wspólnego celu.
Meldunki z sieci obs. meld. były coraz bardziej sporadyczne i coraz częściej zawodziła łączność przerywana przez bombard. i inne nieznane mi przyczyny. Wobec takiej, alternatywy, prosiłem D-cę Lotn. Armii o samodzielności działań w zwalczaniu lotn. npla. który coraz bliżej i częściej nalatywał na obiekty najbliższe naszemu lotnisku.
D-ca Lotn. Armii zgodził się warunkując sobie zadnia dla siebie – na które zawsze w rezerwie miałem pewną część samolotów. Po zestrzeleniu D-cy D-onu objąłem D-two potwierdzone na piśmie przez D-ce Lotn. Armii. w czasie mego pobytu w sztabie w nocy z 2-3.IX.39r. Od dnia 3.IX.39r praca, D-onu – poza zadaniami otrzymywanymi od D-cy Lotn. Armii – polegała na wymiataniu w pewnych określonych czasach narzuconych przez npla. Wywnioskowałem, że npl. lata lub przelatuje w pobliżu, w pewnych niemal ściśle określonych czasach, oraz na obs. własną gdyż obs. z sieci obs. meld i łączność z nią zostały zerwane.
W godz. rannych wysłałem 2 klucze 142 Esk. na wymiatanie w rej. Bydgoszczy – Chełmno –Grudziądz – Chełmża - Toruń, z tym że po zadaniu Esk. ląduje na lotn. Kaczkowo - 7 Klm. zach. Gniewkowo. Obawiałem się bombardowania lotn. Lipie. Częste loty niemców w pobliżu Lipie, oraz duża ilość niemców obywateli polskich w okolicy, zmuszała mnie do ciągłej czujności i konieczności mienia w zapasie 2-3 lotnisk rozpoznanych, zapasowych. Lotniska te codziennie wyszukiwał wyznaczony na stałe ofic. na R.W.D.8. ppor. pil. rez. Łabiszewski Adam.[1]
Po powrocie z Torunia nowy dowódca III/4. Dyonu kpt. pil. Tadeusz Rolski powiadomił pilotów o nominacji por. pil. Marian Pisarka na dowódcę 141. EM i zadaniach na nowy dzień. Pierwszy z dwóch wspomnianych w Sprawozdaniu... kluczy 142. EM, które poleciały na wymiatanie, był dowodzony przez kpt. pil. Mirosława Leśniewskiego, a drugi, dwusamolotowy, przez ppor. pil. Stanisława Skalskiego. Posiadamy tylko informacje o przebiegu lotu drugiej dwójki pilotów. Stanisław Skalski, którego bocznym był kpr. pil. Ludwik Weywer, tak relacjonował przebieg lotu w książce Czarne krzyże nad Polską:
Powietrze było spokojne, nasycone poranną wilgocią. W dole ziemia mieniła się wszystkimi barwami tęczy w blaskach wschodzącego słońca. Przyroda powoli jakby wstawała do życia. Dymy z kominów leniwie słały się po polach. Wisła tonęła jeszcze w porannych oparach.
Miarowo dudnił silnik samolotu. Maszyna lekko drżąc pięła się w górę. Leciałem z kapralem Weywerem na patrol w rejon Chełmża – Chełmno – Świecie – Grudziądz. Wysokościomierz wskazywał 800 metrów. By zapewnić sobie lepszą obserwację, trzymałem kurs poniżej tworzących się chmurek.
Włączone radio zacharczało.
– Halo! Halo!
Nic z tego, znów nawaliło. Rozejrzałem się za swoim bocznym, którego nie mogłem odnaleźć na pozycji ani z lewej, ani z prawej strony. Weywer szedł z tyłu w ogonie. Machnąłem kilka razy skrzydłami, dając mu do zrozumienia, aby zajął pozycję, na której powinien lecieć. Teraz wysunął się do przodu i w bok. Kiwnąłem głową. Nie groziło nam już zaskoczenie; chroniliśmy się wzajemnie przez obserwację.
Dolatując do Chełmży zmieniłem kierunek na bardziej północny, na Chełmno – Świecie. Z prawej strony zauważyłem w dali sylwetkę nie dającej się jeszcze rozpoznać maszyny, idącej na południe. Wykonałem gwałtowny skręt i, włączając boosta, starałem się przeciąć drogę dostrzeżonego samolotu.
Szedł trochę wyżej wśród postrzępionych cumulusów. Zbliżywszy się, rozpoznałem Dorniera 215. Obniżyłem nieco wysokość starając się ukryć na tle terenu przed obserwacją nieprzyjacielskiej załogi. Szedłem tak czas jakiś przed uzyskaniem dogodnej pozycji do ataku. Dornier leciał spokojnie na swej średniej prędkości, nie widząc mnie zapewne. Mój prędkościomierz wskazywał 300 kilometrów na godzinę.
„Byle mnie nie dojrzał w ostatniej chwili” – pomyślałem. Już byłem pod nim. Dzieliła mnie tylko wysokość. Nade mną lśnił jasnobłękitny brzuch Dorniera. Szarpnąłem gwałtownie maszynę przechodząc do ataku niemal pionowo, w ślepym polu widzenia Niemca. Wyskoczyłem w odległości około 50 metrów z tyłu, pod ogonem nieprzyjaciela. Krótki moment mierzenia i palce nacisnęły spust. Cisza.
Gwałtownym, nerwowym ruchem kilkakrotnie jeszcze naciskałem spust. Bez skutku. Utrzymałem się w tej samej pozycji, gdyż w tylnej wieżyczce Dorniera nie było strzelca. Przerzuciłem dźwignię, repetując oba karabiny i celując, ponownie nacisnąłem spust. Znów cisza. „Zacięcie” – pomyślałem i machnąłem skrzydłami, aby puścić swego bocznego na pozycję. Musiałem ustąpić mu miejsca. Obejrzałem się na boki, potem do tyłu, ale Weywera nigdzie nie dostrzegłem. W tym krótkim momencie Dornier „odzyskał już orientację" i, strzelając gęstym ogniem, zmusił mnie do ucieczki. Machnąłem wywrót i poszedłem w dół.
Wyciągając maszynę z nurkowania zobaczyłem, jakz silników Dorniera wyciągnęły się smużki dymu, co było najlepszą oznaką, że pilot gwałtownie pchnął manetki gazu do przodu. Rwał w górę. Po chwili znikł mi z oczu wśród gęstych zwałów chmur. Badałem niebo dookoła w poszukiwaniu Weywera. Znikł bez śladu. Wściekłość moja doszła do zenitu, gdy – męcząc się nad usunięciem zacięć – nie mogłem zmienić pozycji przeklętych zamków.
Zrezygnowany, poleciałem w końcu w nakazany rejon patrolowania, rozglądając się bacznie, by samemu nie paść łupem niemieckich myśliwców.
W okolicach Grudziądza przepędziła mnie chaotycznym ogniem artyleria niemiecka. W drodze powrotnej, kiedy leciałem już lotem koszącym nad własnym terenem, przyjęła mnie silnym ogniem karabinów maszynowych nasza własna piechota. Nie był to sporadyczny wypadek w tej tragicznej kampanii. Strzelali do nas wszyscy: Niemcy i swoi. Swoi – często celniej. Niewielu wojskowych z linii orientowało się w sylwetkach własnych i nieprzyjacielskich samolotów. Niemal każdy uważano za niemiecki (...).
Po wylądowaniu rzuciłem się na Weywera niemal z pięściami. Szybko ochłonąłem, sam dowódca eskadry ostudził moje zapędy. Okazało się, że nie miałem zupełnie racji, posądzając kolegę o tchórzostwo i ucieczkę. Nawaliła mu maszyna i tylko dzięki dobrej orientacji doleciał do domu. Fakt ten nie mógł podlegać żadnej dyskusji, gdyż wstawili się za nim również i mechanicy, oni zaś najmniej skłonni są do wybaczania tchórzostwa (...) Wycofałem się, więc ze swych nie usprawiedliwionych ataków. Biadoliłem tylko jeszcze czas jakiś nad pechem, który uniemożliwił nam wykorzystanie rzadkiej okazji.
Rusznikarze porządnie się napocili, nim usunęli zacięcia. Pocieszali mnie, że absolutnie nie mógłbym tego uczynić sam w powietrzu. Powodem zacięć była stara, zleżała amunicja. Przy wprowadzaniu pocisku do komory nabojowej popękały łuski, wskutek czego nastąpiło zagwożdżenie, zamek zaś pozostał w pozycji odryglowanej. Dowódca eskadry polecił rusznikarzom, by dokładnie przeglądali amunicję i w czasie taśmowania usuwali wybrakowaną.
[1] T. Rolski, Sprawozdanie III/4 Dywizjonu, IPMS, Lot.A.II.15/1a-14.
Pełna wersja artykułu w magazynie TW Historia 5/2024