„Wyciskanie” Beryla
Michał Sitarski
„Wyciskanie” Beryla

I tak, i nie. Tak, bo wprowadzone modyfikacje znacznie podnoszą walory eksploatacyjne broni, ułatwiając jej obsługę i dostosowując ją do wymagań użytkownika. Nie, bo zademonstrowane przez FB Łucznik-Radom propozycje zmian nie wpływają (z jednym wyjątkiem) na podstawowe wady karabinka skonstruowanego w oparciu o „układ Kałasznikowa”. Co zatem można było zobaczyć na stoisku radomskiej fabryki? Oprócz broni krótkiej i karabinków Beryl oraz Mini-Beryl w wersjach znanych już użytkownikom i zwiedzającym, można było obejrzeć cztery karabinki, które poddano modernizacji oraz dwa stworzone niejako od podstaw. W wersji „poprawionej” pokazano dwa Beryle oraz dwa Mini-Beryle, zaś bronią stworzoną od początku były karabinek i subkarabinek strzelające nabojem bocznego zapłonu kalibru 5,6 mm (.22 long).
Poprawianie Beryla
Najbardziej rzucał się w oczy, wyeksponowany na postumencie, karabinek Beryl z dwójnogiem oraz dwubębnowym magazynkiem. Przy bliższym przyjrzeniu okazywało się, że to nie jedyne zmiany wprowadzone przez konstruktorów z Radomia. Broń została pozbawiona stałych, mechanicznych przyrządów celowniczych – zdecydowano się na zastąpienie ich przyrządami montowanymi na szynie montażowej standardu Picatinny. Z lufy usunięto muszkę, pozostawiając tylko jej szczątkową podstawę, która jest jednocześnie zatrzaskiem mocującym bagnet na lufie, a w miejscu usuniętego celownika, na jego podstawie, zainstalowano krótką szynę montażową. Z kolei długą, zdejmowaną szynę grzbietową, znaną z używanych obecnie karabinków, zastąpiono szyną przymocowaną na stałe do pokrywy komory zamkowej, zaś tę ostatnią połączono na stałe z podstawą celownika na zawiasie. Pozwoliło to na wyeliminowanie podstawowej wady dotychczas stosowanego rozwiązania, czyli braku powtarzalności montażu i konieczności przystrzeliwania broni po każdorazowym rozłożeniu. Teraz do czyszczenia broni nie trzeba zdejmować szyny ani celowników zainstalowanych na niej, a wystarczy ją odchylić na zawiasie, by uzyskać dostęp do wnętrza komory zamkowej. Pozostaje żałować, że tej zmiany nie wprowadzono wcześniej, a zdecydowano się na skomplikowane i droższe rozwiązanie ze zdejmowanym wspornikiem z szyną (w pierwszych wersjach wyposażonym w śruby regulacyjne do przystrzeliwania broni), ale cóż – rozpowszechnienie celowników optoelektronicznych, o którym pewnie nie śniło się decydentom parę lat temu wymusza i takie rozwiązania. Dzięki takiemu układowi konstrukcyjnemu uzyskano bardzo długą, jak na ten karabinek, szynę grzbiestangowtową, ciągnącą się od początku pokrywy komory zamkowej aż do węzła gazowego, z niewielkimi tylko przerwami w okolicy zawiasu pokrywy komory zamkowej oraz połączenia łoża przedniego z podstawą celownika (w sumie „utracono” około trzech sekcji szyny). Przy takim rozwiązaniu przy korzystaniu z „zapasowych” (awaryjnych) mechanicznych przyrządów celowniczych uzyskano linię celowania praktycznie taką samą, jak w przypadku karabinka wyposażonego w stały, mechaniczny celownik. Oczywiście, można by ją jeszcze wydłużyć poprzez zastosowanie składanej muszki i montowanego na szynie celownika, ale nieco komplikuje to budowę lufy (i zapewne też podraża jej wykonanie), a oprócz tego uniemożliwia użytkownikowi korzystanie z dowolnych przyrządów celowniczych mocowanych na szynie standardu Picatinny. Co prawda, jeżeli tak zmodyfikowane, jak egzemplarz pokazowy, karabinki trafiłyby do rąk polskich żołnierzy, to zapewne i tak „odgórnie” byłyby wyposażone w jeden typ przyrządów mechanicznych, ale użytkownik miałby możliwość zakupienia we własnym zakresie takich, które jemu odpowiadają najbardziej.
Pełna wersja artykułu w magazynie NTW 10/2010