Zastosowanie bojowe armat 17 cm K in Mörserlafette
Marcin Bryja
Tam, gdzie wzrok nie sięga
Zastosowanie bojowe armat 17 cm K in Mörserlafette
Wdrożone do produkcji w 1941 roku armaty 170-milimetrowe osadzone na lawecie używanego już przez Wehrmacht moździerza 210 mm były jednymi z najbardziej zaawansowanych konstrukcji artyleryjskich wykorzystywanych w czasie II wojny światowej. Dzięki olbrzymiemu zasięgowi miały one zapewnić przewagę w walce artyleryjskiej, pozostając jednocześnie nieosiągalne dla dział wykorzystywanych przez armię przeciwnika. W armii niemieckiej armaty 170 mm bardzo ceniono, co znalazło wyraz także i w tym, że często w wykazach OdB niemieckich wojsk występują one nawet nie jako „artyleria ciężka”, ale „artyleria specjalnego przeznaczenia” (Sonderartillerie). Z drugiej strony nie pojawiły się jak dotąd opracowania dotyczące zastosowania tych dział i niniejszy artykuł ma na celu wypełnienie tej białej plamy.
Flachfeuer-Artillerie, czyli artyleria płaskotorowa Już na długo przed wybuchem wojny Niemcy zdecydowali się na przezbrojenie swojej armii niemal w całości w haubice, które lepiej się nadawały do planowanej wojny ofensywnej. Dzięki nim było możliwe ostrzeliwanie ukrytych za przeszkodami umocnień przeciwnika, a stromy tor padania pocisku wystrzelonego przez haubicę dawał większe szanse na zniszczenie przeciwnika broniącego się w umocnieniach. W efekcie z niemieckich dywizji niemal zniknęły armaty polowe, zastąpione lekkimi i ciężkimi haubicami 10,5 cm leFH 18 oraz 15 cm sFH 18. W części dywizji znalazły się też starsze wzory, pamiętające jeszcze I wojnę światową, takie jak 10,5 cm leFH 16 i 15 cm sFH 13. Nieco inaczej wyglądała sytuacja oddziałów wsparcia wojsk lądowych (Heerestruppen) – chociaż i w nich stosowano przede wszystkim działa strzelające ogniem stromotorowym i głównym sprzętem były tu te same, co i w dywizjach haubice 15 cm sFH 18, to obok nich dość licznie występowały też armaty s 10 cm K18. Utrzymywanie artylerii strzelającej ogniem płaskotorowym na poziomie korpusów było koniecznością, albowiem to armaty, mające większy zasięg od haubic, najlepiej się nadawały do zadań takich jak zwalczanie kontrbateryjne artylerii przeciwnika oraz prowadzenie ognia zaporowego na dalsze zaplecze w celu utrudnienia manewru odwodami czy zahamowania dowozu zaopatrzenia. Stosowana na szczeblu korpusu, a w późniejszym okresie wojny także w dywizjach szybkich wspomniana już armata s 10 cm K18 była konstrukcją bardzo udaną i przy zasięgu ponad 19 kilometrów, czyli o 50% większym niż ciężka haubica, mogła skutecznie się angażować w zwalczanie artylerii. Co istotne z punktu widzenia uproszczenia produkcji, była ona osadzona na tej samej lawecie co standardowa ciężka haubica 150-milimetrowa i potrzebowała takich samych środków transportu. Zasadnicza jej wada to jednak sam kaliber, przy którym siłą rzeczy jej pocisk był dość lekki – miał masę zaledwie 15 kg. W tej sytuacji skuteczne zwalczanie baterii przeciwnika wymagało zużycia dość dużych ilości amunicji, można więc było osiągnąć tylko umiarkowane efekty przy użyciu tak lekkich pocisków w przypadku ostrzeliwania celów wymagających dużej siły burzenia, jak na przykład węzłów drogowych czy kolejowych. Chociaż więc na poziomie korpusu armaty te znajdowały zastosowanie w prowadzeniu ognia kontrbateryjnego przez całą wojnę, to jednak nie sprawdzały się w każdym przypadku.
Armata s 10 cm K18 była wprawdzie najbardziej rozpowszechnioną, ale oczywiście nie jedyną tego typu bronią w armii niemieckiej w momencie rozpoczęcia wojny. Niemcy już w czasie I wojny światowej mieli bardzo dobre doświadczenia z wykorzystaniem 150-milimetrowej armaty znanej jako 15 cm K16 o zasięgu 22 kilometrów i strzelającej pociskiem o masie 51,4 kg. Armata ta była uznawana za jedno z najskuteczniejszych dział minionej wojny; idąc tym tropem i opierając się na tradycyjnym dla niemieckiej armii kalibrze 150 mm przystąpiono do konstruowania nowych armat. Powstały dwa ich typy: 15 cm K18 i 15 cm K39, ale ich parametry były tylko nieco lepsze, niż ich poprzedniczki 15 cm K16. Zasięg poprawiono o około 2,5 kilometra – do 24 850 metrów, za to strzelały one znacznie lżejszym, bo tylko 43-kilogramowym pociskiem. Bardzo ważną modyfikacją było poprawienie kąta ostrzału w poziomie. W przypadku 15 cm K18 dzięki zastosowaniu specjalnej płyty opuszczanej pod lawetę całe działo mogło obracać się o 360°, a w przypadku 15 cm K39 o ±30°. To zasadnicza zmiana w stosunku do armaty 15 cm K16, w której bez poruszania lawety możliwe było prowadzenie ostrzału w zakresie zaledwie ±4°. Mimo to Niemcy nie byli zadowoleni z nowych konstrukcji. Wprowadzone zmiany zaowocowały wzrostem masy, a poprawa zasięgu została okupiona słabszą siłą rażenia lżejszego pocisku. Wehrmacht przystąpił więc do wojny mając na uzbrojeniu jako ciężkie armaty dalekonośne przede wszystkim 15 cm K16 i w mniejszym zakresie 15 cm K18. W tym samym czasie prowadzono też prace nad armatami najcięższych kalibrów – 210 i 240 milimetrów – i właśnie te ostatnie, czyli 24 cm K3, znalazły się na uzbrojeniu jednego dywizjonu. Kolosy te wymagały przewożenia w częściach, a ich masa w czasie transportu sięgała 86 ton, co znacząco ograniczało możliwość ich bojowego użycia w sytuacji szybko zmieniającej się linii frontu. Armia potrzebowała armaty, która miałaby znacząco lepsze parametry niż dotychczasowe armaty 150 mm, ale przy zachowaniu ich mobilności. W efekcie postanowiono skierować swoją uwagę na sprawdzony już w trakcie I wojny światowej, cięższy kaliber 170 milimetrów.
Pełna wersja artykułu w magazynie Poligon 4/2013